Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warto obejrzeć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warto obejrzeć. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2018

Is this the real life? | "Bohemian Rhapsody" Bryan Singer

16:45 0
     Dnia 5 września roku 1946 w Stone Town w Zanzibarze na świat przyszedł Farrokh Bulsara. Mając lat 18 wraz z rodziną przeniósł się do Feltham. Zmarł 24 listopada 1991 roku w wieku 45 lat jako Freddie Mercury, członek zespołu Queen, który potrząsnął nie tylko muzycznym, ale i całym światem. Odszedł jako legenda.


     Dzisiaj o filmie "Bohemian Rhapsody" w reżyserii Bryana Singera, przez który nie umiem zasnąć. Jest to biografia skupiająca się na prawdziwej legendzie muzyki, człowieku, który został legendą już za życia, znany większości jako Freddie Mercury (Rami Malek). Oczywiście nie można zapomnieć o pozostałych członkach zespołu:  Brianie May (Gwilym Lee), Rogerze Taylor (Ben Hardy) oraz Johnie Deacon (Joseph Mazzello). Ich zespół wywarł ogromny wpływ na muzykę: jest wymieniany wśród zespołów mających wpływ na kształtowanie się takich gatunków, jak hard rock, heavy metal, pop-rock i rock progresywny; wielu wykonawców utrzymuje, że Queen wywarł na nich istotny wpływ, co więcej są oni zaliczani są do różnych gatunków muzycznych, wywodzą się z różnych krajów i różnych pokoleń; ich ostatnio otrzymana nagroda z tego roku to Nagroda Grammy "za wybitny wkład w brytyjską muzykę". Dodatkowo ich muzyka zapewne miała wpływ na życie tysięcy a nawet milionów ludzi, w tym również moje.

Człowieczeństwo to stan, który czasem potrzebuje ukojenia.

     Przechodząc już do recenzji właściwej: jest to film tak dobry, że nie dałabym rady obejrzeć go drugi raz. Trochę paradoksalne, ale już wyjaśniam. Historia Freddiego nie jest wesoła, niektórzy nawet by rzekli, że tragiczna. Jednak z zespołem przeżywał również wiele chwil wspaniałych. Wszystkie emocje i te dobre, i te złe były tak dobrze ukazane, że czułam to wszystko aż za mocno. Popłakałam się kilka razy, a nie jestem osobą, którą łatwo doprowadzić do łez. Całą opowieść jego życia przeżywałam tak silnie, tak bardzo mnie w nią wciągnięto, że pomimo jakiejś tam wiedzy, czułam się ciągle zaskakiwana kolejnymi wydarzeniami, chciałam kłócić się raze z członkami zespołu, chciałam z nimi śpiewać. Nie dałabym rady obejrzeć tego filmu drugi raz, a już na pewno nie w najbliższym czasie, właśnie z powodu silnych emocji jakie we mnie wzbudzał. Po prostu drugiego razu mogłabym nie przeżyć.
     To, jak potraktowali całą opowieść twórcy, zasługuje na szacunek. Nie dostajemy tylko gwiazdy na skraju upadku, która zabawia się z kolejnymi kochankami, a na koniec umiera w cierpieniach AIDS. Nie. Mercury nie lubił o tym mówić, nie chciał, aby ktokolwiek mu współczuł z powodu choroby, zatem twórcy najwyraźniej uszanowali jego wolę i nie roztrząsali tego za bardzo. Dostajemy natomiast próby i sprzeczki zespołu, nagrywanie płyt, początki i co najlepsze w tym filmie - jak powstał utwór Bohemian Rhapsody, który był prawdziwym przełomem w muzyce. Dostajemy charyzmatycznego artystę, który nie tylko zasłynął talentem, ale także miał niesamowity kontakt z publicznością i za to gratulacje dla Ramiego Maleka, że stanął a wysokości zadania. Odbywamy również piękną sentymentalną podróż przez najważniejsze utwory zespołu, takie jak Killer Queen, Love Of My Life, We Will Rock You, Another One Bites The Dust oraz Show Must Go On. A to wszystko zwieńczone koncertem Live Aid, które jest, jak dla mnie, idealnym zakończeniem.
     Jest to prawdziwie wzruszający film. Przez cały czas jego trwania miałam ciarki na całym ciele. Sala kinowa wypełniona była muzyką, od której wibrowały fotele. Raczej nie jest to wybitny film, ale na pewno godny uwagi. Polecam każdemu z ręką na sercu, chyba że ktoś naprawdę nie lubi Queen, chociaż kto wie, może po tym filmie zmieni zdanie. Dla fanów Jej Wysokości lub fascynatów muzyki, czy po prostu miłośników dobrych filmów, jest to prawdopodobnie jedna z najlepszych propozycji kinematografii tego roku.

Ocena: 9,0/10

poniedziałek, 23 lipca 2018

Tę opowieść już znamy | recenzja filmu "Victor Frankenstein"

05:15 1
     Wróciłam. Co się ze mną działo to powiem może innym razem. Ważne, że wróciłam do was z recenzją i to nie książki, ale filmu, bo po jego obejrzeniu po prostu musiałam ją napisać. Pytanie czy to dobrze o nim świadczy, czy jednak nie. Przekonajcie się sami.


     W roku 1818 powstała powieść - napisała ją angielska pisarka Mary Shelley. Szalony w swym geniuszu naukowiec Victor Frankenstein stwarza idealnego człowieka, który w rzeczywistości okazuje się być potworem. To było w książce Frankenstein. A co w fabule filmu z roku 2015? Ten obraca się wokół sylwetek Igora i samego Victora Frankensteina, czyli stwórców współczesnego Prometeusza. Zaczyna się od uwolnienia bezimiennego stwora z cyrku, następnie mamy miesiące czy też lata pracy połączone z obfitą ilością mięcha, a kończy się, jak można się było spodziewać, ożywieniem nowego, perfekcyjnego człowieka. Dodatkowo gdzieś w tle mamy śledztwo o zabójstwo prowadzone przez Inspektora Turpina.
Znacie tę opowieść. Trzask pioruna. Szalony geniusz. Nieludzki stwór. Świat, rzecz jasna, lepiej zapamiętał potwora niż jego ojca. Ale historia nie jest tak prosta.

środa, 15 marca 2017

...będę Iluzjonistą - part 2, a raczej 1

07:14 0
     Niedawno złapałam się na tym, że bardzo dużo serii filmów zaczynam oglądać od drugiej części - tak było m.in. z Igrzyskami Śmierci, Więźniem Labiryntu, a także Niezgodną. Oczywiście zazwyczaj sequele są ciut, albo o wiele, gorsze, a jak było z Iluzją?
    Im bliżej jesteś tym mniej widzisz.
     Iluzja powstała w 2013 roku pod czujnym okiem reżysera Louisa Leterriera. Opowiada o początkach Czterech Jeźdźców w składzie: iluzjonista J. Daniel Atlas (Jesse Eisenberg), mentalista Merritt McKinney (Woody Harrelson), karciarz Jack Wilder (Dave Franco) oraz asystentka Hensley Reeves (Ilsa Fisher), którzy z ulicznych kuglarzy stają się gwiazdami światowego formatu. Podczas występu w Las Vegas obrabowują francuski bank, czym ściągają na siebie uwagę FBI i Interpolu, a w Nowym Orleanie zabierają pieniądze swojego "Darczyńcy" Arthura Tresslera (Michael Caine).
     Najważniejszą zasadą magii jest to, aby być największym cwaniakiem na sali.
     Iluzja - oczarowanie czy jednak rozczarowanie? Czytałam parę recenzji na Filmweb, gdzie część uważała, że najlepsze sceny były w zwiastunie, a fabuła miała dużo dziur i uważali wyjście do kina za stracone pieniądze i czas. Osobiście nie miałam wymagań wobec tego filmu. Może gdybym była na premierze, czekała na ten film tygodniami, a nawet miesiącami to może byłabym zawiedziona... Ale nie! Dla mnie ten film jest świetny i koniec kropka.
     Największym dla mnie plusem jest pomysł. Już dawno nie powstał film o Iluzjonistach, jeżeli w ogóle już taki był. Przy okazji jest to prawie dwie godziny szybkiej akcji, zaskakujących zwrotów akcji i nieprzeciętnych pomysłów scenarzystów, a przy okazji świetnej gry aktorskiej. Może trochę sztuczki były przesadzone, bo niektóre raczej nie podlegają logicznym wyjaśnieniom, ale niemniej jest to wielkie show z zupełnie nieprzewidywalnym końcem. Przy okazji twórcy namawiają nas, do zmiany perspektywy - abyśmy patrzyli szerzej, ponieważ wtedy można o wiele więcej dostrzec.
     Owszem jest jedna dziura, a dokładniej roczna. Od pierwszego spotkania do występu w Las Vegas nic nie jest pokazane, ale może to dobrze. Chociaż ciekawie by było zobaczyć jak to wszystko przygotowują, jak zaczynają się dogadywać, itp. Co z tego, że byłaby to dodatkowa godzina filmu...
     A jak druga część ma się do pierwszej? Zmiana reżysera zadziałała trochę na niekorzyść Iluzji 2. Obie części są dla mnie rewelacyjnymi filmami i świetnie się uzupełniającymi, a o ile Jeźdźcy w jedynce pociągają za sznurki, o tyle w dwójce bardziej przypominają marionetki. Z niepokojem czekam na trzecią część, która rzekomo ma się ukazać w tym roku, chociaż podejrzewam, że poczekamy sobie do 2018.

     Jako, że mam teraz okazję to mam do was pytanie: czy powinnam dodawać jednoznaczną ocenę typu "5/10" i do tego uzasadnienie czy tak jak jest powinno zostać?

poniedziałek, 16 stycznia 2017

...mieszkam na Baker Street 221B

01:24 3
     Jeśli wyeliminujesz niemożliwe, reszta musi być prawdą.
     Próbowałam już nie raz o nim napisać, jednak teraz uważam, że w końcu należy to zrobić. W chwili gdy zaczęłam to pisać, minęły dokładnie trzy minuty od zakończenia ostatniego odcinka, czwartego sezonu serialu, który zmienił moje spojrzenie na świat, a tym samym mnie samą. Nie będę już dłużej przedłużać wstępu, tym bardziej, że zapewne już po tytule ogarnęliście o czym napisałam - Sherlock, jedyny serial, na który mogłam czekać wieki.
     Wiem jacy jesteście naprawdę - ćpunem, którego kręcą śledztwa i lekarzem, który nigdy nie wrócił z wojny do domu...
     Akcja dzieję się w XXI wieku. Doktor John Watson (kojarzony z hobbitami Martin Freeman) wrócił z wojny i spotyka ekscentrycznego Sherlocka Holmesa (niezrównany Benedict Cumberbatch). Jak się można spodziewać serial jest luźną adaptacją powieści sir Arthura Conan Doyle'a, jednak pokochał ją świat. Nie będę wam zdradzać co się dzieje w poszczególnych odcinkach, bo przecież nie o to chodzi.
...To bez znaczenia czy mnie wysłuchacie. Liczą się legendy, opowieści, przygody. Jesteście ostatnim azylem dla desperatów, niekochanych, prześladowanych, sądem apelacyjnym dla każdego...
     Jest to pierwszy serial, który mnie bez reszty pochłonął i który pokochałam. Jest to zarówno zasługa pomysłu, scenarzystów, jak i genialnych aktorów.
     Samego Sherlocka bardzo polubiłam, ponieważ ten geniusz, szaleniec, ekscentryk i socjopata jest mi bliski, a także uważam, że Benedict Cumberbatch jest najlepszym Sherlockiem dotychczas i dla mnie tak pozostanie. Również Watson jest według mnie świetny oraz oczywiście Jim Moriarty, w którego wcielił się Andrew Scott, którego szaleństwo i obsesja są nie do pobicia, ale trzeba umieć to zagrać, co nie?
     Podoba mi się również przeniesienie do czasów współczesnych. To dobre rozwiązanie, zważając na to, że łatwiej jest to nam przyjąć. Jednak osoby piszące scenariusz wykazały się niemałą dozą humoru, a także obłędu. To drugie ujawniło się w szczególności w ostatnim sezonie, który był niezłą jazdą. Z każdym odcinkiem wzrastał mój niepokój, wręcz strach - bałam się bardziej, niż oglądając jakikolwiek horror.
     Oczywiście zdarzały się nudnawe fragmenty. Szczególnie nie przypadł mi do gustu odcinek The Sign of Three, w którym to głównym tematem jest ślub Johna i Mary. Również pierwszy odcinek czwartego sezony był przynudnawy, a ostatnie dwadzieścia minut było okropnie melodramatyczne.
     Co Sherlock we mnie zmienił? Pomógł mi spostrzec świat inaczej, jako ogromny zbiór informacji. Nauczył mnie obserwować, a nie tylko patrzeć. Zobaczyłam zarówno wielkie sukcesy, jak i spektakularne porażki, po których bohater musiał się podnosić, ale nigdy nie dawał za wygraną.

...Gdy życie stanie się nieprawdopodobne, zbyt przerażające pozostanie zawsze ostatnia nadzieja - gdy wszystkie sposoby zawiodą, pomogą dwaj ekscentrycy z niechlujnego mieszkanka. Tkwią tam od zawsze i tam pozostaną. Najlepsi i najmądrzejsi ludzie jakich poznałam. Moi chłopcy z Baker Street - Sherlock Holmes i doktor John Watson.
     Z wywiadu z B. Cumberbatchem, a także z wielu innych źródeł, możemy się dowiedzieć, że przez kilka lat nie będzie on wznawiany. Trzy ciągnące się w nieskończoność lata czekałam z niecierpliwością na zakończenie, a teraz czuję, że nie powinni tego kręcić dalej. Czwarty sezon zakończyli tak, jak powinien zakończyć się serial - spokojnie, z wyprzedzeniem teraźniejszości. Zostały pokazane urywki spraw, których nie będzie dane nam poznać. Nie było tak jak w poprzednich sezonach wielkiego "wow" na końcu czy nagłego urwania akcji. Nastąpiło podsumowanie minionych wydarzeń, lat i dwóch głównych postaci - Sherlocka i Johna. Dla mnie było to pożegnanie. Nie znaczy to, że do serialu już nie wrócę - obejrzę go ponownie na pewno i to nie jeden raz, ale chyba będę trochę zawiedziona jeżeli zdecydują się go wznowić. Należy się pogodzić z tym, że wszystko kiedyś przemija, bohaterzy stają się draniami, a historia wielkiego Sherlocka Holmesa zawsze musi się zakończyć.
    Powiedziałeś mi kiedyś, że nie jesteś bohaterem. Czasami wątpiłem, czy w ogóle jesteś człowiekiem...

niedziela, 7 sierpnia 2016

..."Czy wiesz, że bogowie śmierci jedzą tylko czerwone jabłka?"

13:32 0
     Pierwsza sprawa: zmieniłam nazwę bloga z Zanim dorosnę... na Zanim się obudzę...
     Druga sprawa: dzisiejszy post :)
     Jeżeli ktoś oglądał to już po tytule wie o czym jest ten post. Jeżeli nie oglądaliście, przedstawiam wam Death Note - jedno z najbardziej znanych i chyba najbardziej epickie anime, jakie istnieje. Death Note to anime kryminalno-psychologiczne, które trochę rozjebało mnie psychicznie, szczególnie dwa ostatnie odcinki.
     Gdy już trafisz do niewoli, nie będziesz wiedział, kiedy umrzesz. Czekanie jest irytujące. 
     Wzorowy uczeń Light Yagami pewnego dnia znajduje tytułowy Notatnik Śmierci, który to w świecie ludzi upuścił "przez przypadek" Ryuuku - bóg śmierci uwielbiający jabłka. Zasady są proste: Trzeba znać twarz i nazwisko ofiary, dzięki czemu osoby o tym samym nazwisku nie umrą. W ciągu czterdziestu sekund należy wpisać rodzaj śmierci, inaczej ofiara umrze na zawał serca. Następnie w ciągu sześciu minut i dwudziestu sekund od wpisania rodzaju należy opisać szczegóły śmierci. Między posiadaczem notatnika, a bogiem śmierci jest tylko jedna umowa - to on wpisze twoje nazwisko do notatnika, gdy będziesz miał umrzeć.
     Light postanawia zwalczać wszystkich przestępców, ludzie zaczynają nazywać go Kira i dzielą się na jego zwolenników i przeciwników. Po pewnym czasie policja zaczyna go ścigać. Proszą o pomoc genialnego detektywa - L. I w sumie na tym polega całość - Light/Kira lawiruje pomiędzy L i zespołem policji, a Ryusaki próbuje rozgryźć kto jest Kirą i jak on zabija.
     Tylko trzydzieści siedem odcinków, więc w sumie nie tak dużo. Są dwa momenty, w których teoretycznie można skończyć oglądać, uznać, że to już koniec i że nic się dalej nie dzieje - są to piętnasty i dwudziesty piąty odcinek, ale po prostu tak się nie da, bo to naprawdę wciąga. Można też zacząć oglądać od dwudziestego szóstego odcinka i wszystko się ogarnie, ale wiele ciekawych wydarzeń was ominie.

     Według mnie naprawdę warto obejrzeć to anime. Mój kolega obejrzał je już siedemnaście razy i uznał, że dopóki nie obejrzysz Death Note, nie wiesz, co to znaczy żyć. Trochę się z nim zgadzam. Notatnik Śmierci trochę zmienia punkt widzenia na pewne sprawy. Rozwija też kreatywne myślenie i sztukę dedukcji, ale to tylko efekt uboczny.
     W każdym odcinku urzekają mnie Light i Ryusaki. Potrafią przewidzieć wiele ruchów do przodu, a także z niewielu elementów utworzyć w miarę logiczną całość. Są godnymi siebie rywalami głównie dlatego, że bardzo podobnie myślą. Niestety prawie nic nie wiemy o ich przeszłości, nad czym bardzo ubolewam.
     Postać, którą od początku do końca uwielbiam to Ryuuku. Jest nieco zabawną postacią, ale równocześnie mroczną i złowieszczą. Podoba mi się motyw "tak jakby przyjaźni" pomiędzy nim i głównym bohaterem - bogiem śmierci i zwykłym człowiekiem.
     Największym plusem Notatnika jest to, że nie da się go przewidzieć. W prawie każdym odcinku zaskakuje. Nie jest jednowymiarowe. Ma wiele różnych wątków.
     Według mnie Death Note jest po prostu genialne, ale nie potrafię opisać dlaczego, bo za dużo myśli kotłuje mi się po nim w głowie, ale jednocześnie czuję pustkę. Według mnie jest to historia o walce dla swoich idei i wierzenie w nie do końca. Ukazuje, że nawet jeżeli wydaje się nam, że cały świat jest przeciwko, to zawsze znajdzie się osoba, która wierzy tak samo mocno i będzie chciała nam pomóc oraz że jeżeli chcemy to potrafimy wszystko. Podejmuje też temat cienkiej granicy między sprawiedliwością, a szaleństwem; dobrem, a złem i że czasami nie zauważamy, kiedy przechodzimy na "ciemną stronę mocy".
     Polecam każdemu. Obejrzyjcie chociaż pierwszy odcinek. Kto wie? Może was wciągnie?
     W sumie źle nie było. Zabiliśmy trochę nudy, co? Zdarzyło się wiele interesujących rzeczy.
     Oba cytaty pochodzą z ostatniego odcinka Death Note.

piątek, 5 sierpnia 2016

...należę do Legionu Samobójców

15:21 0
Pamiętajcie, to my jesteśmy ci źli.
     Legion Samobójców kolejna super-premiera tego roku. Fabuła jest bardzo prosta - Amanda Valler z Rady Bezpieczeństwa Narodowego kompletuje grupę złoczyńców mających walczyć ze... złem. W jej skład wchodzą - Deadshot (Will Smith), Harley Quinn (Margot Robbie), Boomerang (Jai Courtney), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Slipknot (Adam Beach) oraz Diablo (Jay Hernandez), a jej przywódcą jest zwykły żołnierz Rick Flag (Joel Kinnaman). Skoro to takie proste to może od razu przejdę do opinii.

     Zacznę od tego, że poszłam na film, bo po prostu ciekawie się zapowiadał. W sumie to się nie zawiodłam, ale dlaczego oni walczyli z czarownicą? Nie lepiej byłoby ich puścić w totalną masakrę w stylu Londyn w ogniu? To są normalni ludzie (oprócz Croca i El Diablo), więc dlaczego walczą z magią? Trochę bez sensu, ale daje niezły efekt. Druga rzecz, która mi się nie podobała to dwa powracające wątki miłosne, na szczęście nieprzesłodzone i nieco brutalne, ale dzięki jednemu z nich był Jocker, więc... tak właściwie nie mam na co narzekać.
     Co mi się podobało? Trochę tego jest.
     Muzyka świetnie dobrana. Wiedziałam to od momentu, gdy zaraz na początku zarzucili The House of the Rising Sun The Animals. Potem jeszcze było Paranoid Black Sabbath, a na koniec Bohemian Rhapsody Queen'u. No i piosenka promująca film odnosząca się do każdego członka po kolei, a refren jakby śpiewa Jocker Sucker for Pain Lil Wayne, Wiz Khalifa, Imagine Dragons, Logic, Ty Dolla $ign i X Ambassadors - uwielbiam ♥ (fragment zamieszczam poniżej). W ogóle cała muzyka do filmu mi się bardzo, bardzo, bardzo podoba.
Love and the loyalty that’s what we stand for
Alienated by society, all this pressure give me anxiety
Walk slow through the fire
Like, who gon’ try us?

     Suicide Squad pokazuje, że faceci z tatuażami są po prostu zajebiści.
     Do obejrzenia Legion Samobójców skłoniła mnie przede wszystkim jedna rzecz, a właściwie osoba - Jocker, w którego wcielił się Jared Leto. Jedno słowo - boski. Dokładnie tak. Jak dla mnie Jocker w tym filmie jest boski. Gra aktora - śmiech, poruszanie się, lekki obłęd w oczach są niesamowite. Za każdym razem, gdy się pojawiał, myślałam, że umrę. Nietypowy, już ponadczasowy złoczyńca, szaleniec i socjopata po raz kolejny zaskakuje, a mimo że nie jest jedną z głównych postaci, jest po prostu genialny.
     Drugim facetem z tatuażami jest El Diablo. Koleś stracił rodzinę po części z własnej winy, ale głównie przez "umiejętność", o którą się nie prosił. Potrafi wytwarzać ogień (nie mam pojęcia jak to inaczej nazwać) i to mi się cholernie podoba. To jest też jedyna postać, która powstrzymuję się od walki i nie marzy o wyjściu na wolność. Ale akurat jego uwielbiam tylko ze względu na tą moc.
     Cała drużyna tych niezwykłych socjopatów plus kilku żołnierzy, Jocker i niepotrzebna czarownica dają razem niesamowity film. Humor jest tam obłędny (przy okazji pozdrawiam dziewczynę ze wspaniałymi niebieskimi włosami, która siedziała obok mnie i podzieliła się ze mną popcornem, bo chyba podobny rodzaj humoru... oczywiście czarnego i socjopatycznego). Wizualnie też jest dobrze zrobiony, szczególnie w momentach, kiedy przedstawiają poszczególne osoby. Moim marzeniem jest poznać ich wszystkich, a w szczególności Jockera.
     Na pewno jeszcze kiedyś, może nawet za niedługo, obejrzę ten film jeszcze raz. Oczywiście, bezgwarancyjnie i bezwzględnie Legion Samobójców trafia do moich ulubionych filmów oraz z niecierpliwością czekam na drugą część, która rzekomo ma się pojawić w 2018 roku :)
     Życzę miłego oglądania, a na koniec piosenka Sucker for Pain.

   

czwartek, 21 lipca 2016

...będę Iluzjonistą

03:34 1
     Zobaczyć znaczy uwierzyć. Ale czy to prawda? To zależy od punktu widzenia.
     Szczerze przyznam, że nie widziałam pierwszej części i może z jednej strony to dobrze, bo nie miałam z czym porównywać kolejnej części, ale zdecydowanie muszę to nadrobić, bo druga mnie totalnie powaliła zarówno fabuła, jak i efekty, no i oczywiście aktorzy.
     Może jednak zacznę od początku. Zaraz na początku postu zamieściłam cytat z chyba najlepszego filmu tego roku, a na pewno najbardziej widowiskowego. Po trzech latach Jeźdźcy wracają w filmie Now You See Me 2, który Polakom lepiej jest znany jako Iluzja 2.

     Chłopak z wielkim ego J. Daniel Atlas - Jesse Eisenberg, teoretycznie zmarły Jack Wilder - Dave Franco, mistrz hipnozy Merritt McKinney - Woody Harleston, nowa twarz Lula - Lizzy Kaplan oraz ich przywódca Dylan Rhodes - Mark Ruffalo, czyli Jeźdźcy wpadają na konferencję firmy, która wypuszcza na rynek nowy telefon, aby ją zdemaskować. Nie spodziewają się, że ktoś na nich czeka. Za sprawą źle wybranej rury podczas ucieczki trafiają do Makao, zwane Chińskim Las Vegas, gdzie poznają ekscentrycznego, nieco diabolicznego i bardzo charyzmatycznego Waltera Mabry, w którego wcielił się nie kto inny tylko Daniel Radcliffe (miał genialną podłogę, w której miał staw z liliami wodnymi). W jego przekonaniu: Nie można kontrolować systemu, będąc w nim, więc upozorował swoją śmierć i od jakiegoś czasu żyje poza prawem.Walter ma dla nich zadanie - mają wykraść kartę, dzięki której będzie mógł wszystko kontrolować, wszędzie się włamać oraz wszystko widzieć i którą rzekomo sam stworzył, a jego były wspólnik mu ją ukradł.
     FBI dalej ściga Iluzjonistów i nie osiąga zbyt wiele. Oprócz tego, że dowiaduje się, iż w swoich szeregach mieli ich "wtykę".
     Jest jeszcze jeden ważny wątek. Thaddeus Bradley (Morgan Freeman) wychodzi z więzienia dzięki Dylanowi i prowadzi grę na kilka frontów.
     Jak dla mnie były dwa szczególnie niesamowite i urzekające fragmenty. Pierwszy to akcja wykradnięcia karty. Jack po jej wyciągnięciu przykleja ją do asa pik. Genialne było to jak ją sobie przekazywali podczas przeszukania. Uznałam, że zaczynam się uczyć tego typu sztuczek z kartami. Druga wspaniała scena to "zatrzymanie deszczu" przez Atlasa. Niesamowity efekt.
     W skrócie: To było jedno wielkie fascynujące show!

     Zacznę od jedynego jak dla mnie negatywu. Koniec filmu był tak trochę bardzo naciągany. Facet siedział w więzieniu, sprzymierzył się z bogatym gościem oraz FBI, a na koniec się okazuje, że jest mega świetnym facetem. Przesada. Naprawdę.
     Na początku myślałam, że nie polubię Luli, ale po akcji z wykradaniem karty uznałam, że jest ok.
     Muzyka w filmie była rozwalająca. Śmiałam się z niej kilka minut po wyjściu z sali.
     Akcja była szybka i na szczęście dialogi, oprócz tych ostatnich, nie były długie i męczące. Trochę pogmatwana fabuła, ale to jest to, co kocham! Trzeba rozpracowywać ten film na wielu poziomach umysłu, aby go pojąć. Wychodząc z sali nie poczułam nawet, że minęły ponad dwie godziny.
     Jednym z największych pozytywów był Daniel Radcliffe. Nie, nie jestem jego fanką i nie kojarzę go tylko z roli Harry'ego Pottera, za którym zresztą nie przepadam. Od filmu Rogi, w którym Daniel grał główną rolę, uznaję, że do tego aktora o wiele bardziej pasują mroczne, nieco demoniczne postacie. I taki właśnie jest w tym filmie!
     Już początek zapowiadał dobry film i nie zawiodłam się. Iluzja 2 jest idealna dla wielbicieli sensacji i kina akcji. Chciałabym być tam, uczestniczyć w tworzeniu filmu. To wszystko, co widziałam na ekranie, zobaczyć na żywo. Zakochałam się w Now You See Me 2 i mam ogromną nadzieję, że powstanie trzecia część i to jeszcze lepsza, jeszcze bardziej nie do uwierzenia.
     To, co widać na powierzchni, to tylko ułamek prawdy.

niedziela, 12 czerwca 2016

...zagram w Grę Tajemnic

13:57 0
     Zagrajmy w grę. Jest sędzia i badany. Sędzia zadaje badanemu pytanie. Na podstawie odpowiedzi badanego sędzia wydaje wyrok, czy badany jest człowiekiem, czy maszyną. To co? Zagramy?
Czasami ludzie, którzy nie pobudzają niczyjej wyobraźni, odnoszą niewyobrażalny sukces.
     Komputery otaczają nas wszędzie, jednak czy ktoś z was zastanawiał się, kto je wynalazł? Czyj to był pomysł? W jakich okolicznościach powstały? Jakiś rok temu po raz pierwszy obejrzałam genialny film Mortena Tylduma i Grahama Moora o genialnym człowieku Alanie Turingu, pt.: Gra Tajemnic.
     Alana Turinga zagrał Benedict Cumberbatch, a Filmweb podaje, że pierwotnie miał go zagrać Leonardo DiCaprio. Według mnie Benedict o wiele bardziej pasuje do roli nadzwyczajnego geniusza, nierozumianego przez ludzi, który złamał kod Enigmy. Opinie na temat filmu są podzielone, ale mnie film się spodobał, bo mimo tego, że rozgrywa się w czasach II Wojny Światowej, nie jest to film historyczny, dlatego też nie należy się skupiać na samym złamaniu Enigmy, tylko na samej osobie Turinga, znakomitego matematyka i kryptologa, ojca informatyki i komputerów, wcześniej znanymi jako "Maszyna Turinga".

     Co najważniejsze w jego kwestii? Był homoseksualistą, co w tamtych czasach uważano za obrazę moralności. Turing oczywiście to ukrywał, jednak przyczyniło się to również do jego przedwczesnej śmierci, miał bowiem 41 lat, gdy zmarł. W czasie II Wojny Światowej pracował nad złamaniem szyfru nie do złamania, czyli kodu Enigmy, używanego przez Niemców. Szacuje się, że rozszyfrowanie Enigmy skróciło wojnę o ponad dwa lata. Dokonał czegoś niezwykłego, a jednak go skazano na chemiczną kastrację. Dlaczego? Bo przez jakieś pięćdziesiąt lat dokonanie jego i jego zespołu było nieznane. Alan miał (według filmu) do wyboru chemiczną kastrację lub więzienie. Uznał, że w więzieniu nie mógłby pracować, więc wybrał to pierwsze, ale jeżeliby przerwał "terapię" odebrano by mu Chrisophera. Poddał się "terapii", jednak po roku nie wytrzymał i popełnił samobójstwo.
     Teraz zastanawiacie się pewnie czym był Christopher. Otóż była to maszyna, dzięki której rozszyfrowano Enigmę i pierwszy komputer. Czemu Christopher? Ponieważ tak miał na imię przyjaciel Alana i jego pierwsza miłość, wprawdzie niespełniona, ale miłość. Niespełniona dlatego, że Christopher Morcom zmarł na gruźlicę.

     Polakom nie podoba się w filmie głównie to, że przecież to Polacy złamali kod Enigmy. Owszem, ale tą sprzed II Wojny Światowej. Podczas Wojny kod ten udoskonalono i właśnie Brytyjczycy go rozszyfrowali, więc bez spiny.

     Co do samego filmu: Uważam, że jest genialny. Narracja z trzech różnych czasów - z II Wojny Światowej, szkolnych Turinga i przesłuchania - prowadzona na jednej płaszczyźnie łączy się idealnie. Aktorzy: Benedict Cumberbatch, Kiera Knightley - inteligentna Joan Clarke, Matthew Goode - nieco zarozumiały Hugh Alexander, Allen Leech - dwulicowy John Cairncross oraz Mark Strong - demoniczny szef MI6 byli naprawdę dopasowani do swoich ról i nikogo z nich bym nie zmieniła. Na końcówce filmu zaczęłam płakać, gdy Alana Turinga zaczęło przerastać jego własne szaleństwo. Twórcy odwalili kawał dobrej roboty. Pokochałam ten film, mimo tragicznej historii niezwykłego człowieka. Na pewno obejrzę go jeszcze nie raz, a wam z całego serca polecam opowieść człowieka, którego problem zaczął się od marchewki.

sobota, 20 lutego 2016

...nie poddam się, nawet jeżeli będę zawieszona między Życiem a Śmiercią

06:07 0
     Po prawie trzech tygodniach od obejrzenia filmu, ale w końcu jest! Obiecany post na temat nowego filmu z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Zjawa już od pierwszego lutego czeka na moją ocenę oraz na Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej - Oscary 2016 już za tygodzień w nocy z 28 na 29 lutego.
     Krew utracona. Życie odzyskane. - taka jest myśl przewodnia tego filmu. Jeżeli przeanalizowaliście plakat filmowy, który zamieściłam powyżej zauważyliście, że film powstał na motywach prawdziwej historii. Niesamowite? Jak najbardziej! Dlaczego? Już tłumaczę.
     Akcja historii rozegrała się w roku 1822 (tak podaje Filmweb).
     Handlarze futer zostali zaatakowani przez Indian z plemienia Arikara, więc musieli jak najszybciej uciekać. Wielu z nich, podczas ataku, zginęło. Po przedostaniu się przez rzekę, głównego bohatera - Hugh'a Glassa granego przez Leonardo DiCaprio - atakuje niedźwiedź. Zostaje on poważnie ranny (Glass, a nie niedźwiedź - zwierzę zostaje zabite). Z tego co pamiętam Hugh ma całe rozcięte plecy, brzuch oraz szyję.
     Zastanawiające jest jakim cudem on to przeżył.
     Możecie się przy tym zatrzymać, ale ja przejdę dalej.
     Współtowarzysz i przyjaciel Glassa, John Fizgerlad grany przez Toma Hardy'ego, nie daje mu szans na przeżycie i chce go zabić, jednak pozostali, szczególnie syn Glassa, Hawk (Forrest Goodluck), i Jim Bridger (Will Poulter) chcą żeby żył. Zabierają go ze sobą, jednak w pewnym momencie muszą go opuścić. Ze sparaliżowanym Hugh'em zostają Hawk, Bridger i John, którzy maja z nim zostać dopóki nie umrze.
     Oczywiście Hugh Glass nie umarł, bo to by było nudne i zdecydowanie zbyt proste.
     Po kilku dniach czuwania przy Glassie, Fizgerlad zabił Hawka na oczach przyjaciela, a Jimowi, który podczas zabójstw był nad rzeką, wmówił, że słyszał Indian i powinni opuścić Hugha. Uciekają, a głównego bohatera zżera ogromna chęć zemsty na Johnie i postanawia go odszukać. Zanim wstaje przez jakieś dziesięć albo dwadzieścia minut się czołga. W pewnym momencie myślałam już, że przez resztę filmu będzie się cały czas czołgał, a gdy w końcu wstał odetchnęłam z ulgą.
     W pewnym momencie pojawia się scena, w której pije wodę. Niby nic takiego? Gdy pił wodę z jego szyi, w miejscu rozcięć, wylewała się krew. Żeby móc się normalnie napić, wsypał do ran proch strzelniczy i go zapalił, żeby uszczelnić ranę.
     Drugą scena, która mi zapadła mocno w pamięci, jest to jak Glassa gonili Francuzi, a on spadł, razem z koniem, w dół klifu, prosto w drzewo. Nie na drzewo. W drzewo. Oczywiście on przeżył. Za to koń nie. Postanawia więc wypatroszyć konika i... Nie, nie ma zamiaru go zjeść. Śpi w nim.
     Jak już, być może, zauważyliście głównym wątkiem fabuły jest zemsta. Więc dlaczego tytuł tego filmu to Zjawa? Według mnie bardziej pasowałby tytuł Zemsta martwego niedźwiedzia (Glass przez cały czas ma na sobie skórę niedźwiedzia, którego zabił). Co do tytułu mam dwie teorie.
     Pierwsza moje teoria dotyczy tego, że tytuł wziął się z tego, że główny bohater co jakiś czas "widzi" swoją zmarłą żonę i słyszy jej słowa.
      Chyba jednak druga teoria jest lepsza. Według niej tytuł Zjawa wziął się z tego, że Hugh Glass żyje tak jakby nie żył. Jego dawni towarzysze myślą, że zginął. Po tym co przeszedł naprawdę nie powinien żyć. A jednak.
    Film jest naprawdę świetny i na długo zapada w pamięć. Czynnikiem jest tu nie tylko niezwykła historia oraz to, że w jakiejś części jest ona prawdziwa, ale także wspaniali aktorzy. Opowieść dotarła do głębi mojego serca i wyzwoliła chęć życia, chociaż przez chwilę, jak tamci ludzie. Zmagać się z przeciwnościami losu. Nie poddawać się. Dążyć do celu. Chwytać się życia. Walczyć o nie.
    Film ukazuje również, że jeżeli odbierze się człowiekowi wszystko co ma, to już niczego się nie boi, bo nie ma czego stracić.
    Krew leje się gęstymi potokami. Nic nie jest przesadzone. Wspaniała sceneria. Byłam, a nawet dalej jestem, oczarowana.
    Uważam, ze zarówno Zjawa, jak i Leonardo DiCaprio i Tom Hardy mają największe szanse na Oscara ze wszystkich nominowanych. Po prostu totalnie miażdżą konkurencję.
    Na koniec muszę dodać jeszcze jedną rzecz.
    Jeżeli ta historia jest nawet w niewielkim stopniu prawdziwa to i tak podziwiam człowieka, który przeżył to naprawdę. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale my, współcześni ludzie, jesteśmy słabi. Już po pierwszym wpadnięciu do rzeki umarlibyśmy z zimna. A on? Przeżyła atak niedźwiedzia, ścigali go Indianie, przyjaciel go zdradził i zabił syna, wielokrotnie wpadł do rzeki... Naprawdę należy podziwiać tego faceta.

piątek, 5 lutego 2016

...wyląduję na Planecie Singli

15:36 0
     Która to godzina? Już 23:05, trochę późno jak na mnie, a nie wiem, o której skończę to pisać, więc doceńcie to i wybaczcie wszystkie błędy. Dzisiaj, 5 lutego, na ekrany kin weszła nowa polska komedia Planeta Singli z Maciejem Stuhrem i Agnieszką Wiedlochą w rolach głównych. Jesteśmy umówieni?
     Jedną z głównych postaci w filmie jest... egocentryczny? Nie, chamski i popularny showman Tomasz "Wilk" Wilczyński. Nie szanuje kobiet. Nie, znowu się pomyliłam - on nikogo nie szanuje. Prowadzi on show, w którym wyśmiewa się z ludzi.
     Drugą z głównych postaci jest Ania - niepoprawna romantyczka, ucząca muzyki w podstawówce. Umawia się ona na randki przez różne portale, mimo że jednak wolałaby kogoś poznać tradycyjnie. Marzy o rycerzu w lśniącej zbroi na białym koniu, który byłby gotowy o nią walczyć.
     Mieszanka wybuchowa? Jak najbardziej!
     Nasza para spotyka się przez przypadek w walentynkowy wieczór. Pierwsze ich spotkanie jest dosyć... burzliwe. Po jakimś czasie spotykają się ponownie i zawierają pewien układ: Ona będzie chodzić na randki i opowiadać mu o nich, a On pokazywał je w formie krótkich skeczy kukiełkowych w swoim show. Ania nie może zrezygnować, no chyba, że się zakocha.

     Przyjacielem Tomka jest Marcel, Piotr Głowacki - jego producent i osoba, bez której Wilk nie jest w stanie funkcjonować od matury.
     Kolejnymi ważnymi postaciami są Ola, przyjaciółka Ani, którą gra Weronika Książkiewicz i Bogdan, czyli Tomasz Karolak - małżeństwo, które poznało się przez internet. Ola co chwilę zmienia pracę, a Bogdan jest dyrektorem w szkole, w której uczy Ania.

     W odbiorze film jest bardzo przyjemny. Ma trochę za dużo ckliwych scen, jak na komedię, ale przez większość czasu film jest bardzo zabawny. W niektórych momentach śmiałam się jak głupia, za co przepraszam osoby, które były ze mną na sali, bo śmieję się bardzo głośno i albo jakbym się dusiła, albo jakby zarzynano świnie. Według mnie absolutnie najlepszą postacią w filmie jest Marcel - zauroczyłam się nim od razu. Błyskotliwy, inteligentny, raczej spokojny, ale jak się wkurzy to da popalić. To, jak się film skończy jest przewidywalne, ale ukazane w inny sposób, niż można się tego spodziewać. Chyba właśnie największym minusem jest przewidywalność. Za to jest świetna muzyka, ciekawa fabuła i nawet nie wiesz, kiedy mijają te dwie godziny.
     Piątkowy wieczór? Planeta Singli, jak najbardziej polecam :)

     Jest już 00:34 :/ Chyba czas iść... coś poczytać :D A już wkrótce "Zjawa" i wspaniały Lronardo diCaprio.

niedziela, 4 października 2015

...ucieknę z Labiryntu - James Dashner trochę nie po kolei cz. 2

07:39 0
    Była druga część, więc przyszedł czas na część pierwszą, czyli Więzień labiryntu. Do książki zabierałam się kilka lat i trochę żałuję, bo bardzo mi się spodobała. Moje pierwsze słowa po przeczytaniu brzmiały "Dlaczego tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki? Przecież jest świetna!", ale z nowościami tak to już jest - długo zabieram się za ich przeczytanie, a po za tym zawsze w księgarni wybierałam inną książkę. Film odbiega akcją od książki, ale minimalnie w porównaniu do innych znanych ekranizacji, czy adaptacji.


     Jak już zapewne zważyliście motto książki to Znajdź wyjście albo giń. 
     Raz na tydzień w Pudle pojawiają się zapasy, o które proszą Streferzy, a raz na miesiąc nowy Strefer, zwany Świerzuchem. Od czasu stworzenia Labiryntu i wysłaniu pierwszych Streferów mijają trzy lata, gdy do Strefy trafia Thomas. Znajdują się tam tylko chłopcy w różnym wieku. Próbują żyć normalnie, mimo otaczającego ich Labiryntu, którego wejścia za dnia są otwarte, a nocą zamknięte. Nocą w Labiryncie grasują Bóldożercy, przenoszący Pożogę (wpadłam na to po przeczytaniu drugiej części). Jest grupa, która eksploruje Labirynt, a przewodzi jej Minho - sympatyczny Azjata z ciętym językiem. Całą Strefę nadzoruje Alby oraz Newt, którzy byli jednymi z pierwszych, którzy trafili do Labiryntu.
     Dzień po przybyciu Thomasa do Labiryntu trafia dziewczyna z wiadomością o początku Końca, co wywołuje nie małe zamieszanie. Labirynt nie zamyka się na noc, zapasy nie są dostarczane, muszą jak najszybciej wyjść, jednak pomysł opuszczenia Strefy nie wszystkim przypada do gustu...
     Książka jest niesamowita! Własny slang dodaje jej charakteru. Jak najbardziej polecam :)


     Więzienia są po to, aby z nich uciekać - bardzo podoba mi się to hasło i jak najbardziej pasuje do Więźnia Labiryntu. Różnic pomiędzy książką, a filmem nie ma wiele: inaczej znaleźli kod i wyjście, mniej osób wydostało się z Labiryntu, dostali antidotum tylko raz i w sumie... to wszystko. Mało różnic? Mało. Jeżeli oglądaliście film z lektorem to slang Streferów się nie pojawiał, a w wersji z napisami chyba tak. Według mnie aktorzy zostali świetnie dobrani do swoich ról, w szczególności Minho i Newt.
     Film bardzo dobry, jeżeli lubisz się bać, ucieczki z więzień oraz Ogay zamiast Okay, polecam całym sercem ;)

     Jeżeli ktoś bardzo chce obejrzeć film to zapraszam przed telewizory o 21:30 lub 22:30. Dzisiaj na Canal+ i Canal+ 1

sobota, 19 września 2015

...przejdę przez Pogorzelisko - James Dashner trochę nie po kolei ;)

12:21 0

Post zawiera spojlery!

     Dlaczego nie po kolei? Ponieważ zaczynam od Próby Ognia z okazji wczorajszej premiery filmu o tymże tytule, na której zresztą byłam (: Czytałam również książkę, która wprawdzie nie zmiażdżyła mnie tak jak pierwsza część, ale i tak jest cudowna *-* Opiszę oraz ocenię i książkę, i film.


      Próby Ognia to druga część trylogii Więzień Labiryntu. Czekałam pół roku żeby ją przeczytać, bo chciałam książkę z filmową okładką (pierwszą też mam z filmową) i muszę powiedzieć, że... było warto ^^ Myśl przewodnia brzmi: Labirynt był tylko początkiem. Czas na Próby Ognia - Walcz albo giń.
     Książka niesamowita. Zaczyna się od tego, że Streferzy są w dormitorium i myślą, że są już bezpieczni. Jednak DRESZCZ ma dla nich kolejny test. Teresa znika, a do chłopaków dołącza Aris, który był odpowiednikiem Teresy w drugim Labiryncie, gdzie znajdowały się same dziewczyny. Po kilku dniach Departament Rozwoju Eksperymentów wysyła ich na Pogorzelisko - najbardziej spalaną część Ziemi, gdzie grasują Poparzeńcy - ludzie zarażeni prze Pożogę w różnym jej stadium. Mają dwa tygodnie na dotarcie do Bezpiecznej Przystani, która znajduje się sto sześćdziesiąt kilometrów na północ. W czasie wędrówki ginie Winston i jeszcze kilku sztamaków, których imiona nie są wymienione. W swojej wędrówce muszą przejść przez miasto, gdzie zsyłana jest większość Poparzeńców. Spotykają tam Jorge'a i Brendę, którzy pomagają im przejść przez miasto i dają pożywienia w zamian za lek, który Streferzy mają otrzymać, gdy dotrą do Bezpiecznej Przystani. Newt (♥♥♥♥) "skleja" całą drużynę, uspokaja ich i próbuje dodawać im otuchy, Minho (♥♥) ze swym niewyparzonym językiem, ogromną odwagą i walecznością zostaje przywódcą, a Tomas... no on ma być zabity przez Grupę B. Ale fani Tommy'ego nie muszą się martwić - tę część przeżyje, mimo napotkanych trudności.
     Dla mnie ta książka jest jedną z najlepszych. Ciekawa fabuła, nieprzeciętne teksty i odzywki oraz tajemnica Po co to robimy?. Książka daje do myślenia między innymi o tym czy postępując właściwie zawsze postąpimy dobrze oraz czy dobro ogółu naprawdę jest ważniejsze od życia garstki ludzi.
     Więc jeśli ktoś lubi tabuny akcji, porażenia piorunem, książki o post-apokaliptycznej Ziemi czy też Ogay zamiast Okay jak najbardziej polecam :*


     Myśl przewodnia filmu brzmi Labirynt był tylko początkiem i mimo tego, że film baaaardzo się różni od książki, jest świetny.
     W filmie Streferzy uciekają z ośrodka, do którego zabrano ich po ucieknięciu z Labiryntu. Od razu mówię - ci ludzie, którzy ich zabrali byli częścią DRESZCZu! (jakby ktoś nie czytał książek, a tylko ogląda filmy). Teresa cały czas jest z chłopakami, po za tym w filmie ukazane jest, że było więcej niż dwa Labirynty. Na Pogorzelisku też spotykają Jorge'a i Brendę, a po zastanowieniu uznaję, że najbardziej zmienili koniec. Zmienili również to, że szukali Stowarzyszenia Prawej Ręki, które odbijało Odpornych, Grupa B ich nie ścigała, Teresa zdradziła Toma, ale w inny sposób niż w książce, ale jako film, a nie ekranizacja to niesamowity ;)
     Zapraszam do obejrzenia filmu, pomimo tyyyluuu zmian w fabule, bo nie jest to najgorsza ekranizacja książki. Najgorszą jest Percy Jackson i bogowie olimpijscy: Złodziej Pioruna, bo książka ma świetną fabułę, błyskotliwy humor i pełno akcji, a film to ma tylko ten sam wątek i bohaterów, którzy są w innym wieku! Jednak o tym innym razem (:


     Już wkrótce opis i opinia pierwszej części, czyli Więzień Labiryntu, a potem pozostanie przeczytać trzecią część, czyli Lek na Śmierć, czekać na film oraz na prequel Rozkaz Zagłady.

środa, 29 lipca 2015

....chcę odnaleźć siebie

01:23 0
    Dzisiaj post związany z filmem "Skazany na bluesa" o Ryśku Riedlu, wokaliście zespołu Dżem. Wczoraj widziałam ten film po raz wtóry, a i tak przy końcówce płakałam.
    W ogromnym skrócie: film dzieje się przede wszystkim w latach siedemdziesiątych XX wieku. Główny bohater, razem ze swym przyjacielem, prowadzi życie hipisa. Jest on zafascynowany takim życiem. Ćpa, wiele zasad dla niego nie istnieje. Oprócz tego ma zespół oraz dziewczynę, z którą bierze ślub na początku filmu, mimo to dalej bierze. Następnie akcja przenosi się do czasu, kiedy Rysiek ma już syna. Bawi się z nim i bardzo go kocha. Dalej jest w zespole, jednak narkotyki sprawiają, że jest mu coraz ciężej. Z przyjacielem zastanawia się co jest przypadkiem, a co jest przeznaczeniem. W pewnym momencie filmu pokazane jest, jak Riedel się stacza. Nie stać go na dragi, a nie może bez nich żyć. Po jednym z koncertów zapada w śpiączkę. Po pewnym czasie umiera Indianer, przyjaciel Ryśka od dzieciństwa. Zaćpał się on na śmierć.
    Ostatnie trzydzieści minut filmu płakałam, cały czas płakałam. Film o tym, że zawsze trzeba być wiernym sobie, a żeby być sobie wiernym, trzeba siebie odnaleźć. I tego właśnie chcę. Odszukać siebie, nawet jeżeli innym moje prawdziwe "ja" się nie spodoba.