Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludzie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 listopada 2018

Is this the real life? | "Bohemian Rhapsody" Bryan Singer

16:45 0
     Dnia 5 września roku 1946 w Stone Town w Zanzibarze na świat przyszedł Farrokh Bulsara. Mając lat 18 wraz z rodziną przeniósł się do Feltham. Zmarł 24 listopada 1991 roku w wieku 45 lat jako Freddie Mercury, członek zespołu Queen, który potrząsnął nie tylko muzycznym, ale i całym światem. Odszedł jako legenda.


     Dzisiaj o filmie "Bohemian Rhapsody" w reżyserii Bryana Singera, przez który nie umiem zasnąć. Jest to biografia skupiająca się na prawdziwej legendzie muzyki, człowieku, który został legendą już za życia, znany większości jako Freddie Mercury (Rami Malek). Oczywiście nie można zapomnieć o pozostałych członkach zespołu:  Brianie May (Gwilym Lee), Rogerze Taylor (Ben Hardy) oraz Johnie Deacon (Joseph Mazzello). Ich zespół wywarł ogromny wpływ na muzykę: jest wymieniany wśród zespołów mających wpływ na kształtowanie się takich gatunków, jak hard rock, heavy metal, pop-rock i rock progresywny; wielu wykonawców utrzymuje, że Queen wywarł na nich istotny wpływ, co więcej są oni zaliczani są do różnych gatunków muzycznych, wywodzą się z różnych krajów i różnych pokoleń; ich ostatnio otrzymana nagroda z tego roku to Nagroda Grammy "za wybitny wkład w brytyjską muzykę". Dodatkowo ich muzyka zapewne miała wpływ na życie tysięcy a nawet milionów ludzi, w tym również moje.

Człowieczeństwo to stan, który czasem potrzebuje ukojenia.

     Przechodząc już do recenzji właściwej: jest to film tak dobry, że nie dałabym rady obejrzeć go drugi raz. Trochę paradoksalne, ale już wyjaśniam. Historia Freddiego nie jest wesoła, niektórzy nawet by rzekli, że tragiczna. Jednak z zespołem przeżywał również wiele chwil wspaniałych. Wszystkie emocje i te dobre, i te złe były tak dobrze ukazane, że czułam to wszystko aż za mocno. Popłakałam się kilka razy, a nie jestem osobą, którą łatwo doprowadzić do łez. Całą opowieść jego życia przeżywałam tak silnie, tak bardzo mnie w nią wciągnięto, że pomimo jakiejś tam wiedzy, czułam się ciągle zaskakiwana kolejnymi wydarzeniami, chciałam kłócić się raze z członkami zespołu, chciałam z nimi śpiewać. Nie dałabym rady obejrzeć tego filmu drugi raz, a już na pewno nie w najbliższym czasie, właśnie z powodu silnych emocji jakie we mnie wzbudzał. Po prostu drugiego razu mogłabym nie przeżyć.
     To, jak potraktowali całą opowieść twórcy, zasługuje na szacunek. Nie dostajemy tylko gwiazdy na skraju upadku, która zabawia się z kolejnymi kochankami, a na koniec umiera w cierpieniach AIDS. Nie. Mercury nie lubił o tym mówić, nie chciał, aby ktokolwiek mu współczuł z powodu choroby, zatem twórcy najwyraźniej uszanowali jego wolę i nie roztrząsali tego za bardzo. Dostajemy natomiast próby i sprzeczki zespołu, nagrywanie płyt, początki i co najlepsze w tym filmie - jak powstał utwór Bohemian Rhapsody, który był prawdziwym przełomem w muzyce. Dostajemy charyzmatycznego artystę, który nie tylko zasłynął talentem, ale także miał niesamowity kontakt z publicznością i za to gratulacje dla Ramiego Maleka, że stanął a wysokości zadania. Odbywamy również piękną sentymentalną podróż przez najważniejsze utwory zespołu, takie jak Killer Queen, Love Of My Life, We Will Rock You, Another One Bites The Dust oraz Show Must Go On. A to wszystko zwieńczone koncertem Live Aid, które jest, jak dla mnie, idealnym zakończeniem.
     Jest to prawdziwie wzruszający film. Przez cały czas jego trwania miałam ciarki na całym ciele. Sala kinowa wypełniona była muzyką, od której wibrowały fotele. Raczej nie jest to wybitny film, ale na pewno godny uwagi. Polecam każdemu z ręką na sercu, chyba że ktoś naprawdę nie lubi Queen, chociaż kto wie, może po tym filmie zmieni zdanie. Dla fanów Jej Wysokości lub fascynatów muzyki, czy po prostu miłośników dobrych filmów, jest to prawdopodobnie jedna z najlepszych propozycji kinematografii tego roku.

Ocena: 9,0/10

piątek, 24 sierpnia 2018

Najcieńsze książki bywają najcięższe | "RU" Kim Thúy

15:55 7
     Zabawne. Książka ma zaledwie 158 stron niezapisanych od góry do dołu, a ja ją czytałam od kwietnia. Nowela ta jest niezwykła, tylko po prostu... no właśnie - jaka? O tym w dzisiejszym krótkim poście.

     Po wietnamsku ru znaczy "kołysanka", "kołysać do snu" - taką informację znajdujemy na pierwszych stronach książki. RU Kim Thúy to nowela autobiograficzna. Kim jest wietnamką, jedną z wielu, która w wieku dziesięciu lat przybyła do Quebecu wraz z rodziną na jednej z boat people uciekając z koszmarnej wietnamskiej rzeczywistości.


     Kiedy byłam mała, myślałam, że wojna i pokój to antonimy. A przecież żyłam w pokoju, kiedy Wietnam był w ogniu, wojnę zaś poznałam dopiero wtedy, gdy Wietnam odłożył już broń. Myślę, że wojna i pokój są w rzeczywistości przyjaciółmi, a my ich wcale nie obchodzimy.

    Jest jedną z wielu i to sprawia, że autobiografia Kim Thúy jest niesamowita. Właściwie może być ona opowieścią o życiu każdego mijanego przez nas człowieka. Sama autorka określa siebie jako cień - cień swojej kuzynki, swoich kochanków, swoich synów, ludzi których poznała. W swojej biografii nie skupia się na sobie - opowiada o ludziach, którzy mieli na nią wpływ, z którymi żyła, rozmawiała lub których tylko widziała przez krótki moment. O rodzinie bliższej i dalszej, o sąsiadach i obcych ludziach, o pierwszej nauczycielce w Kanadzie, o człowieku uratowanego przez niebo, o człowieku uratowanego przez słowa. O osobach, które uratowały ją i ukształtowały. Kim uświadamia jak każdy, kogo napotykamy w naszym życiu nas w jakiś sposób kształtuje, niezależnie od tego jak długo w nim był.
     Nowela oscyluje między spowiedzią, a rozmową. Poznajemy prawie całe życie, jednak osobiście miałam wrażenie, że autorka siedzi obok mnie i opowiada mi to wszystko osobiście. Z łatwością przeskakuje z jednej opowieści w drugą, wiążąc ze sobą w nieoczekiwany sposób zdarzenia i postacie z życia tworząc lekko oszałamiającą całość. Zapachy mieszają się w niej ze śpiewem, a radość teraźniejszości z horrorem przeszłości. W niektórych momentach nie wszystko jest dopowiedziane, a jednak mam poczucie, że zostało napisane wystarczająco dużo.
     Dlaczego więc te niecałe 158 stron czytałam tak długo? Po prostu obok tej szeptanej opowieści nie da się przejść obojętnie. Dlaczego szeptanej? Po prostu wydaje mi się, że autorka opowiadając to wszystko, szeptałaby. Czasami trzeba się po prostu zatrzymać, "przetrawić" i przemyśleć przeczytane fragmenty. Sama bardzo przeżywałam każde wydarzenie z jej życia i próbowałam poczuć, że jestem nią, przeżyć to wszystko w swojej wyobraźni. Dla mnie RU Kim Thúy to z pewnością jedna z najlepszych książek jakie czytałam, bo mimo swojej zwykłości historii o człowieku jak inni, jest w jakiś sposób magiczna, słodko-kwaśna, no po prostu niezwykła i niepowtarzalna.

Ocena: 9,5/10

sobota, 28 października 2017

Niekulturalna impreza kulturowa, czyli XXI Targi Książki w Krakowie

07:34 1
     Przez ten weekend, jak co roku w ostatni weekend października, środowisko literackie ożyło z prostego powodu - XXI Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, których gościem honorowym w tym roku była Francja, ale z pewnością nie to wzbudziło największą sensację. Oczywiście to możliwość spotkania autorów zawsze przyciąga tłumy i tak też było w tym roku. Sama pojechałam do Krakowa na krótko, bo wpadłam tam tylko na dwie godzinki, ponieważ ekipa się trochę posypała, ale mówi się trudno, a co zobaczyłam i kupiłam to moje. 😎
Ten wyjątkowo mnie urzekł
Historia Targów Książki... w plakatach!

Autorzy

Tak wyglądała kolejka do Érica-Emmanuela Schmitta,
a jeszcze kawałka za mną nie uchwyciłam
     Zacznijmy od autorów. W tym roku można było spotkać ich mniej więcej zliczoną rzeszę, ale dwóch było dwóch, według mnie, bardzo szczególnych gości. Éric-Emmanuel Schmitt oraz Nicholas Sparks to nazwiska, które cieszyły się największą popularnością. Tego pierwszego najbardziej kojarzy się z Oscar i Pani Róża. Natomiast Sparks napisał wiele powieści, jednak ja go najbardziej kojarzę z Pamiętnikiem, chociaż żadnej jego książki nie przeczytałam, mimo tego że moje koleżanki się w nim zaczytują i zatracają co chwilę.

Co kupiłam i dostałam?

Moje małe skarby ♥♥
     Mimo, że byłam zaledwie dwie godziny kupiłam sześć książek, dwa kubki i dwie zakładki. Dodatkowo otrzymałam parę zakładek, katalogów, plakatów i najcudowniejszą w świecie koszulkę Obozu Herosów 😍. Jakie książki pewnie się zastanawiacie? Oto tytuły: Magnus Chase i bogowie Asgardu: Statek Umarłych i Tajne akta Obozu Herosów Ricka Riordana, Cesarzowa kart Kresley Cole, Lokatorka JP Delaney, Za Tobą Kelly Luce oraz  Czerwień rubinu Kerstin Gier. Reszta do wglądu na zdjęciach 😉




I znowu ten tłum

     Pamiętacie co przydarzyło mi się na TK w zeszłym roku? No więc dzisiaj stoisko, gdzie Nela ZNOWU miała podpisywać książki, omijałam szeroookim łukiem. Na szczęście nie było to trudne, ponieważ znajdowało się ono na samym końcu hali przy saloniku literackim.
     Jednak histeria tłumu mnie nie ominęła. Po pierwsze ludzie okropnie się pchali i rozpychali - a podobno czytelnicy to tacy spokojni ludzie. Po drugie ponownie zostałam oskarżona o próbę "bezprawnego i chamskiego wdarcia do kolejki", a chciałam sobie tylko przejść! Czasami zachowania ludzi to absurd goniący absurd.
     Na szczęście spotkałam też niesamowitych ludzi. Kiedy ktoś wytrącił mi książki z ręki od razu kilka osób zaczęło mi pomagać. To było takie kochane!






"W zły sposób podchodzimy do dzieciństwa"


Wspaniałe stoisko Wydawnictwa Otwartego 😍



     Po XXI MTK w Krakowie pozostały już tylko książki, gadżety i wspomnienia. W poniedziałek trzeba niestety wrócić do szkoły, więc ja biorę się do nauki, bo muszę odrobić tydzień zaległości. Piszcie, co wam przydarzyło się na Targach i, no cóż więcej mogę napisać, do zobaczenia za rok! 😘

sobota, 1 kwietnia 2017

...powiedz wilkom, że ich szukam

09:27 1
     Każdy z nas ma kogoś, przy którym nie musi nic udawać i jest szczególnie mu bliski. Wie, że może tej osobie wszystko powiedzieć i ona nie będzie go osądzać. Z którą chce przebywać w nieskończoność. Kogoś, kogo nigdy nie chciałoby się stracić. Osobę, którą prawdziwie i szczerze kocha.
     Dla June Elbus kimś takim jest wujek Finn, który umiera, gdy ma czternaście lat. Jest jej bardzo ciężko, chociaż nikt tego nie zauważa, bo przecież była "tylko jego siostrzenicą". Jednak spotyka Toby'ego - przyjaciela Finna, który pomaga jej nie tylko pogodzić się ze stratą, a także uzupełnić obraz wujka.

sobota, 26 listopada 2016

...dostrzegam Wszystko to, co wyjątkowe

03:38 3
     Książka, której nie mogłam się doczekać, ale czy warto było czekać? Kolejny wielki sukces czy może tym razem wielka klapa? To i wiele więcej w tym właśnie poście o powieści jedynego i niepowtarzalnego Matthew Quicka Wszystko to co wyjątkowe.

     Główną bohaterką jest Nanetee O'Hare, a wszystko zaczyna się od tajemniczej powieści pt.: Kosiarz Balonówki i pechowych Walentynek. Nanetee jest gwiazdą szkolnej drużyny piłkarskiej, jednak od kilku lat marzy o tym, żeby z nią skończyć. Nie myśli o przyszłości, nie jest typową nastolatką. Przeżyła kilka trudnych okresów w życiu, jednak kiedy poznaje Alexa wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Zostaje buntowniczką, mówi wszystko co myśli, opuszcza drużynę i pokazuje całemu światu środkowy palec. Razem z Alexem chce odkryć tajemnicę Kosiarza i jego autora.

     Co myślę o Wszystko to co wyjątkowe? Powiem tak - zawiodłam się, Panie Quick. Wprawdzie jest to dobra książka, ale naprawdę słaba w porównaniu z innymi jego autorstwa. Porusza bardzo ciekawy temat tego, jak zmieniamy się pod wpływem książek, jednak nie zachwyciła mnie.
     Jestem także zdegustowana tym, że to nie Moondrive (Wydawnictwo Otwarte) wydał tę książkę i to nie tylko dlatego, że nie pasuje do pozostałych. Po prostu od razu czuć, że coś nie pasuje - inne kartki, inna czcionka...
     Jeżeli ktoś nie czytał poprzednich powieści Quicka to być może Wszystko to co wyjątkowe spodoba mu się. Nie porusza, raczej traktuje o lekkomyślności nastolatków. Ale nie takiej lekkomyślności "w normie" tylko takiej mocno przesadzonej. Trudno mi nawet cokolwiek napisać o tej powieści, bo nawet nie wywołała u mnie żadnych uczuć.
     Jednak coś mi się w tej książce podoba: tajemnica powstania Kosiarza Balonówki. Kogo z nas nie intryguje to, dlaczego książka powstała, jakie były intencje autora, co go skłoniło do stworzenia takich a nie innych postaci i właśnie takiej historii?
     Jak już wcześniej napisałam podoba mi się to, że Quick uwzględnił w tej powieści to, jak możemy się zmieniać pod wpływem książek. Na mnie bardzo wywarły wpływ Wybacz mi, Leonardzie i Prawie jak gwiazda rocka jego autorstwa, Złodziejka książek Markusa Zusaka i tak właściwie uważam, że większość przeczytanych przeze mnie pozycji literackich w jakiś sposób mnie zmieniło.

sobota, 19 listopada 2016

...o tym kto mnie inspiruje

06:03 0
     Obiecałam wam post o "Wszystko to, co wyjątkowe", jednak z tym postem zwlekam już przynajmniej pół roku. Więc nie przedłużając: o osobach, blogach, książkach i piosenkach, czyli o tym kto mnie inspiruje.
     W życiu potrzebujesz inspiracji, albo desperacji.
~Anthony Robbins
A oto Ola we własnej osobie...
Nie dość, że świetnie pisze to jeszcze robi cudne zdjęcia *-*
     Jako pierwsza: niepowtarzalna Aleksandra Klisko, prowadząca blog Antypatycznie.pl, o którym sama pisze: "Lekko ironicznie, z pewnością subiektywnie o absurdach. Długopisem vege, homo, lewaka. Czyli marazm i degrengolada." oraz "Czym jest ? Stroną o wszystkim i niczym. Krótko i na temat, co gryzie i podnieca. O drobnostkach i rzeczach wielkich. W Polsce i daleko niż dalej." Czytam jej blog od jakiś sześciu miesięcy i z niecierpliwością czekam na każdy kolejny wpis. Motywuje do działania i poniekąd zmieniania siebie, a także świata, chociaż może sama nie jest tego świadoma. Po prostu czytając jej bloga chce się więcej, więcej i jeszcze więcej. Jasne, że to co pisze nie trafi do każdego, ale może warto się zatrzymać, przeczytać i pomyśleć? Osobiście uważam, że mogę śmiało uznać ją za mój autorytet.

     Kolejna osoba to moja koleżanka ze szkoły - Ania. Takie zwykłe imię i z wyglądu nie przypomina
osoby, która może inspirować, a tym bardziej wolontariuszki pomagającej ludziom, jednak to właśnie dzięki niej także zostałam wolontariuszką w Ośrodku Edukacyjno-Leczniczo-Rehabilitacyjnym. Po raz pierwszy zetknęłam się z nią w drugiej klasie gimnazjum na spotkaniu Samorządu Uczniowskiego, a potem współpracowałam z nią podczas szkolnego wolontariatu. We wrześniu zachęciła mnie do zapisania się na wolontariat do Ośrodka. Zapisałam się, pojechałam, dalej jeżdżę, ale co ważne - patrząc, ile ona wkłada serca w zajmowaniu się tymi dziećmi... To serce właśnie mnie inspiruje do bycia po prostu (albo aż) lepszym.
     Płynie się zawsze do źródeł pod prąd. Z prądem płyną śmiecie.
~Zbigniew Herbert
     Autor mojej ulubionej książki Wybacz mi, Leonardzie, czyli Matthew Quick nie tyle inspiruje, co zmusza na dostrzeganie problemów różnych ludzi i pomagania im. Inspiruje do pracy nad sobą, pokazywania prawdziwego siebie i wyłamywania się poza schemat, i to nie "w przyszłości", ale "teraz".
     We run for cover like a skyscraper's fallin down 
~Green Day Troubled Times
     Czas na muzykę, więc na jedną z ważniejszych rzeczy w moim życiu. Dwóch moich ukochanych artystów - Ed Sheeran i Troye Sivan, a także najwspanialszy według mnie zespół - Green Day. W jaki sposób mnie inspirują? Ci dwaj pierwsi z pewnością dogłębnie porusza mnie swoimi głosami i muzyką. A co z Green Day'em? Oni, a tak właściwie Billie Joe Armstrong, zawierają w swoich tekstach prawdę o otaczającym ich, a także nas, świecie.
     Glazed eyes, empty hearts
Buying happy from shopping carts

~Troye Sivan Happy Little Pill
     Tak naprawdę inspiruje mnie całe mnóstwo rzeczy i ludzi, których nie sposób wszystkich tu wymienić, dlatego wybrałam tylko najważniejszych. Bez nich nie robiłabym tego, co robię i nie byłabym tym, kim jestem.

wtorek, 1 listopada 2016

...odwiedzę kilka Targów Książki 😍 #2

08:21 1
      W sobotę przybyłam, zobaczyłam i zwyciężyłam. Co takiego? Oczywiście XX Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie! 29 października odbył się trzeci dzień Targów, w których uczestniczyłam w tym właśnie dniu. Co widziałam i kupiłam? Kogo spotkałam i co zdobyłam? O tym właśnie w tym poście.

Jak to mniej więcej wyglądało?

     Tak jak w zeszłym roku Targi Książki odbywały się w Expo Kraków i trwały cztery dni - od czwartku (27 października) do niedzieli (30 października). W zeszłym roku myślałam, że jest bardzo dużo ludzi, ale to co się działo w sobotę to była jakaś totalna masakra - a niby Polacy nie czytają książek. Chociaż mogli ich też przyciągnąć takie osoby jak Martyna Wojciechowska, Robert Makłowicz, Wojciech Cejrowski czy Margaret. Oprócz nich byli oczywiście wspaniali pisarze, np.: Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe). Niestety nie było w tym roku żadnego zagranicznego autora książek dla młodzieży nad czym ubolewam.
Wiki z Tysiąc Żyć Czytelnika
 i jej "mały" stosik książek
Martyna Wojciechowska...
Ciekawe czy w końcu podpisała wszystkie książki...

Co kupiłam?

     Oczywiście książki :D Są to: Magnus Chase i bogowie Asgardu: Młot Thora Ricka Riordana, Harry Potter i Przeklęte Dziecko, Silver Kristen Gier oraz Ale Ciacho! Damiana Kordasa (dokładnie w tej kolejności). Zabawne dla mnie jest to, że zanim poszłam na Targi to byłam w Saturnie i kupiłam trzy płyty... tego samego zespołu! Są to Revolution Radio, American Idiot i 21st Century Breakdown Green Day'a :) Kupiłam sobie jeszcze etui na książki, aby nie niszczyły się one, gdy biorę je do szkoły oraz pozbierałam kilka zakładek.
Moje zdobycze ♥
Let's take a selfie :'D

Kogo spotkałam?

     Tak jak w zeszłym roku czekałam półtorej godziny, jednak nie z powodu tłumu, ale po prostu tej osobie spóźnił się pociąg. A kto to taki? Zwycięzca czwatej edycji MasterChefa Damian Kordas! W sumie spotkanie z nim było jednym z głównych powodów dlaczego pojechałam. Byłam jedną z pierwszych osób, którym podpisywał książkę ♥ Rozmawiałam z nim kilka minut i jest bardzo, bardzo pozytywną i sympatyczną osobą :)

Mam dość tłumu i ludzi!

     Czas na negatywną stronę Targów Książki - tłum. Można pomyśleć, że spotka się tam samych spokojnych i kulturalnych ludzi... nic bardziej mylnego! Czekając na Kordasa stałam w tłumie przy stanowisku, gdzie miał podpisywać książki. W tym czasie książki podpisywała Nela Mała Podróżniczka, a rodzice z dziećmi tak bardzo się pchali, że niemal zostałam zmiażdżona. Najbardziej wkurzyły mnie dwie osoby: wysoka kobieta w szarym płaszczu i facet z wózkiem. Najpierw o tej pierwszej - stałam sobie spokojnie w "pierwszym rzędzie", ona znikąd się pojawiła i zaczęła się rozpychać. Zajmowała więcej miejsca niż trzech ludzi. Serio! A co z facetem z wózkiem? Po pierwsze co za idiota bierze dziecko w dużej spacerówce na Targi, gdzie jest taki ogrom ludzi i do tego staje w najbardziej licznej i ciasnej kolejce! Jednak co tak naprawdę mnie w nim wkurzyło? Opiekunka stoiska powiedziała, że wszyscy mają zrobić krok do tyłu, a ten wyjechał do mnie z pretensjami "co ty robisz, jak możesz się tak rozpychać". Pominę już fakt, że on pojawił się znikąd, więc on ewidentnie musiał się przepchać. Niemniej zrobiło mi się przykro, bo nienawidzę, gdy ktoś oskarża bezpodstawnie, a jeszcze bardzie, gdy ta osoba jest totalnie nieokrzesana i nieodpowiedzialna. Na szczęście jeden ze sprzedawców wpuścił mnie, gdy powiedziałam, że chcę się dostać do Damiana, a nie do Neli. Mina faceta z wózkiem była bezcenna.
♥♥♥

Podsumowując

      Może i mam na jakiś czas ludzi, ale 29 października z pewnością nie był dniem zmarnowanym. Zawsze miło pobyć z osobami mniej więcej swojego pokroju. Jeżeli byliście to koniecznie napiszcie w komentarzach swoje wrażenia! Do zobaczenia w przyszłym roku :)
      A już za niedługo pojawi się recka książki Matthewa Quicka Wszystko to, co wyjątkowe. Już teraz zapraszam!

wtorek, 6 września 2016

...chodzę po Bulwarze Zniszczonych Marzeń

09:54 0
     Przedstawiam wam jedyny i niepowtarzalny, mój ulubiony zespół Green Day. Już kiedyś o nich pisałam, jednak w związku z premierą ich dwunastego krążka, zatytułowanego Revolution Radio, który ma premierę już siódmego października,postanowiłam odświeżyć ten post.
       W obecny skład grupy wchodzą: 
  • Billie Joe Armstrong - wokalista, gitara, harmonijka ustna oraz fortepian
  • Mike Dirnt - gitara basowa, wokal wspierający
  • Tre Cool - instrumenty perkusyjne
       Gatunkowo najbliżej im do punk rock'a. W ich tekstach jest wiele uczucia, każdy teledysk to małe filmowe dzieło. Uwielbiam wszystkie ich piosenki ♥ 
       Jedna z moich ulubionych to Wake me up when September ends. Armstrong napisał ją z myślą o ojcu, który umarł, gdy miał dziesięć lat. Wokalista załamał się po jego śmierci, a wg "legendy" mamie powiedział tylko Wake me up when September ends (Obudź mnie, kiedy wrzesień się skończy). Dla mnie jest ona szczególnie ważna ze względu na to, że moja przyjaciółka i ja na obozie śpiewałyśmy ją przynajmniej raz dziennie ją śpiewałyśmy. Już zawsze, zawsze będą kojarzyć ten utwór z nią i tamtym obozem, a za każdym odsłuchem mam w oczach łzy. Do tej piosenki na tekstowie pojawił się jak dla mnie interesujący komentarz: Już jakiś czas temu natrafiłam na informację, że wrzesień to miesiąc w którym ludzie najczęściej popełniają samobójstwo. Wszystko staje się bardziej smętne i szare, a problemy się powiększają. I rzeczywiście coś w tym jest, może też o to chodzi w tej piosence. Może nie należy brać tego dosłownie tylko potraktować ten wrzesień jako najcięższy okres w naszym życiu z którego pragniemy się obudzić jak ze złego snu - trochę zagmatwana wypowiedź, ale może o to też chodzi w tej piosence?
       Drugą jest Boulevard Of Broken Dreams. W 2005 roku otrzymała Nagrodę Grammy w kategorii Nagranie roku, a w 2010 magazyn The Rolling Stones ustnowił ten utwór Singlem Dekady. Jest kontynuacją piosenki Holiday, o której powiem później. Jest to moja piosenka. O mnie, o tym co czuję i mogę śmiało powiedzieć, że jest moją esencją. My shadow's the only one that walks beside me My shallow heart's the only thing that's beating Sometimes I wish someone out there will find me Till then I walk alone - na razie idę przez życie sama, moje serce jest płytkie, bez uczuć, ale tylko czasami marzę, aby ktoś znalazł mnie na moim pustkowiu. Jeżeli ktoś chce mnie poznać, radzę posłuchać tej piosenki i ją zrozumieć, bo część mnie jest w niej ukryta.
       Kolejny utwór to Holiday, który już się przewinął w tym poście. Napisany został przed wyborami w 2004 roku. Piosenka napisana i nagrana jest tak, jakby tworzona była podczas rewolucji. I beg to dream and differ from the hollow lies - Pozwalam sobie marzyć i nie zgadzać się z tymi pustymi kłamstwami - to moje hasło życiowe, które pochodzi właśnie z tej piosenki. Słuchając jej zawsze mam ochotę coś rozwalić.
       I na koniec najnowszy utwór Green Day'a - Bang Bang, która promuje najnowszy album zespołu. Kocham, kocham, totalnie kocham! Ta piosenka daje niezłego kopa. Jeżeli cała płyta będzie taka, jak ten utwór to będzie to niepodważalny sukces! Warto było czekać te cztery lata i jeżeli gdzieś w pobliżu mojego kraju będzie ich koncert to na milion procent jadę.

sobota, 20 sierpnia 2016

...nie chcę dorosnąć

13:12 0
     - Większość sprawia wrażenie nieszczęśliwych - przyznałem. - Choć z całej siły próbują to ukryć. Ale dzieci ukrywają to lepiej niż dorośli, prawda? Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.
    Często słyszę, i wy na pewno też, że jeżeli zapytamy kogoś o to, co zrobiłby, np. podczas II Wojny Światowej, odpowie, że walczyłby za swój kraj, przeciwstawiłby się tyranowi i opowiada inne tego typu badziewie. Nie żyjemy w tamtym czasie, w tamtym kraju, więc nie możemy powiedzieć, co byśmi zrobili (a obstawiam, że większość z  nas by uciekła, jeżeli mieliby gdzie). W dużej mierze to właśnie o tym jest Wybacz mi, Leonardzie - o tym, że nie możemy osądzać ludzi, skoro nie jesteśmy na jego miejscu. Że nie możemy powiedzieć "co byśmy zrobili", bo nie dzieje się w to naszej rzeczywistości. Bo jesteśmy sobą, a nie kimś innym.
     Rewolucja rozpoczyna się od ciągu pojedynczych decyzji, od kolejnych wdechów i wydechów. (...) Pokaż mi, że człowiek może być jednocześnie dorosły i szczęśliwy. Błagam!

    Dla Leonarda Peacocka nadchodzi w końcu dzień, na który wielu z nas czeka - dzień osiemnastych urodzin.On też na niego czekał, ale z zupełnie innego powodu. Nie spodziewa się ani imprezy, ani prezentów, ani hektolitrów alkoholu. Po prostu pakuje cztery prezenty dla przyjaciół - kapelusz w stylu Bogarta, czek na rzecz pewnej organizacji, wojskowe odznaczenie, srebrny łańcuszek oraz robi zdjęcie swoim iPhonem, któremu nadaje tytuł Śniadanie nastoletniego zabójcy.
    Do tamtego dnia niewiele rzeczy sprawiało mu radość. Były to muzyka jego szkolnego kolegi, Babacka, spędzanie czasu ze swoim sąsiadem Waltem, głównie na oglądaniu filmów z Bogartem, lizaki o smaku piwa korzennego oraz lekcje z Herr Silvermanem, na których może mieszać w głowach swoim kolegom.
    Dlaczego więc czekał na ten szczególny dzień?
    Ponieważ w dniu, gdy osiąga dorosłość. według prawa, ma zamiar sprzątnąć z tego świata swojego byłego przyjaciela Ashera Beala, którego uważa za nazistę, a także popełnić samobójstwo i to wszystko za pomocą pistoletu z czasów II Wojny Światowej - walthera P38, który otrzymał od ojca jakieś dwa lata wcześniej.
    Leo, który według matki przypomina "grunge-rockowego ćpuna", większość ludzi, a szczególnie dorosłych uważa za osoby żałosne i w większości przypadków nieszczęśliwe, a co więcej niezdolne do szczęścia. Za jedną z najbardziej żałosnych osób uważa Lindę - swoją matkę. Uważa, że: jest samolubną olewającą suką. Właśnie dlatego postanawia zastrzelić siebie w dniu osiemnastych urodzin - nie chce zostać szarym, wykonującym czyjeś polecenia, uberżałosnym dorosłym. Jego ulubioną książką jest dzieło Williama Shakespeare'a Hamlet. Według niego: cała sztuka jest argumentacją na rzecz odebrania sobie życia.
     W takim razie dlaczego zmusza nas pani do uczenia się o takich postaciach jak Hamlet, o prawdziwych bohaterach, skoro nikt nie oczekuje potem, że będziemy się na nich wzorować? Czy naprawdę mamy tylko przejmować się punktami, podaniami na studia i całą resztą Robić to, co wszyscy inni?
    Wybacz mi, Leonadzie Matthewa Quicka, gdy czytałam pierwszy raz, pochłonęłam w jedną noc. Parę razy chciałam odłożyć książkę, ale nie potrafiłam spać, zastanawiając się, jak zakończy się (albo i nie zakończy) historia głównego bohatera.
    Leonard Peacock może i trochę "ma nie po kolei w głowie" i jest socjopatą, ale jest doroślejszy od swoich rówieśników, przez co jest wyalienowany. Może jest nieco egoistycznym dupkiem, ale jest również bardzo empatyczny. Można powiedzieć, że Leo jest ostoją przeciwieństw. Prowadzi również wewnętrzną walkę. Jest emocjonalnie rozerwany pomiędzy chęcią zabójstwa i samobójstwa, ale jednocześnie chce, aby ktoś ogarnął co ma zamiar zrobić,żeby ktoś go powstrzymał. Do tej pory przy życiu trzymała go głównie dręcząca go zagadka zawsze długich rękawów Herr Silvermana - jego nauczyciela historii Holokaustu. Ma dziwne przeczucie, że ta informacja, powód, dla którego jego nauczyciel nigdy nie ma odsłoniętych ramion, może odmienić jego życie. Ma również nadzieję, że mimo tego, iż nikomu nie wspomniał o swoich urodzinach, usłyszy: wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Do końca ma wiarę. Pod kilkoma względami jest do mnie podobny, np. obaj nie chcemy stać się szarymi ludźmi, jesteśmy nieco popieprzeni, przeciwstawiamy się dorosłym oraz często najpierw mówimy, a dopiero potem myślimy. Naprawdę go polubiłam i poczułam z nim jakąś więź.
     Tylko w jednym momencie byłam zdegustowana. Autor jako ulubiony zespół Ashera podał Green Day i to mi w zupełności nie przeszkadza, jednak jako jego ulubioną piosenkę podał American idiot. Jasne, lubię tę piosenkę, ale Matthew mógł się bardziej postarać, bo przecież GD ma wiele wspaniałych utworów, np. Holiday, Boulevard of Brocken Dreams, czy When I come around, a wybrał chyba najbardziej popularną ich piosenkę. Nie wiem czy wynika to z lenistwa autora, czy z tego, że chciał zrobić z Beala jeszcze większego ignoranta.
     Ogólnie książkę Quicka czyta się bardzo dobrze. Autor na prawie każdej stronie zaskakuje. Jest to niezwykła opowieść o inności, odrzuceniu, samotności, ale także nadziei, że w przyszłości, mimo że nic na to nie wskazuje, nasze życie może się zmienić na lepsze. Wybacz mi, Leonardzie skutecznie za pomocą kilku celnych strzałów zmieniło mnie i moje spojrzenie na świat. Jestem nawet skłonna powiedzieć, że dzięki niej stałam się trochę lepszym człowiekiem, chociaż nie w ten sposób, w jaki większość by chciała.
     Uwielbiam wszystkie książki Quicka. Podkreślają inność, przez co bohaterowie nie są typowi. Nie są bohaterami, nie zmieniają świata na dużą skalę. Mają zwykłe życie, zwyczajne problemy i nieźle popieprzone w głowach. Każda opowieść jest inna - tak jak każdego z nas.

piątek, 5 sierpnia 2016

...należę do Legionu Samobójców

15:21 0
Pamiętajcie, to my jesteśmy ci źli.
     Legion Samobójców kolejna super-premiera tego roku. Fabuła jest bardzo prosta - Amanda Valler z Rady Bezpieczeństwa Narodowego kompletuje grupę złoczyńców mających walczyć ze... złem. W jej skład wchodzą - Deadshot (Will Smith), Harley Quinn (Margot Robbie), Boomerang (Jai Courtney), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Slipknot (Adam Beach) oraz Diablo (Jay Hernandez), a jej przywódcą jest zwykły żołnierz Rick Flag (Joel Kinnaman). Skoro to takie proste to może od razu przejdę do opinii.

     Zacznę od tego, że poszłam na film, bo po prostu ciekawie się zapowiadał. W sumie to się nie zawiodłam, ale dlaczego oni walczyli z czarownicą? Nie lepiej byłoby ich puścić w totalną masakrę w stylu Londyn w ogniu? To są normalni ludzie (oprócz Croca i El Diablo), więc dlaczego walczą z magią? Trochę bez sensu, ale daje niezły efekt. Druga rzecz, która mi się nie podobała to dwa powracające wątki miłosne, na szczęście nieprzesłodzone i nieco brutalne, ale dzięki jednemu z nich był Jocker, więc... tak właściwie nie mam na co narzekać.
     Co mi się podobało? Trochę tego jest.
     Muzyka świetnie dobrana. Wiedziałam to od momentu, gdy zaraz na początku zarzucili The House of the Rising Sun The Animals. Potem jeszcze było Paranoid Black Sabbath, a na koniec Bohemian Rhapsody Queen'u. No i piosenka promująca film odnosząca się do każdego członka po kolei, a refren jakby śpiewa Jocker Sucker for Pain Lil Wayne, Wiz Khalifa, Imagine Dragons, Logic, Ty Dolla $ign i X Ambassadors - uwielbiam ♥ (fragment zamieszczam poniżej). W ogóle cała muzyka do filmu mi się bardzo, bardzo, bardzo podoba.
Love and the loyalty that’s what we stand for
Alienated by society, all this pressure give me anxiety
Walk slow through the fire
Like, who gon’ try us?

     Suicide Squad pokazuje, że faceci z tatuażami są po prostu zajebiści.
     Do obejrzenia Legion Samobójców skłoniła mnie przede wszystkim jedna rzecz, a właściwie osoba - Jocker, w którego wcielił się Jared Leto. Jedno słowo - boski. Dokładnie tak. Jak dla mnie Jocker w tym filmie jest boski. Gra aktora - śmiech, poruszanie się, lekki obłęd w oczach są niesamowite. Za każdym razem, gdy się pojawiał, myślałam, że umrę. Nietypowy, już ponadczasowy złoczyńca, szaleniec i socjopata po raz kolejny zaskakuje, a mimo że nie jest jedną z głównych postaci, jest po prostu genialny.
     Drugim facetem z tatuażami jest El Diablo. Koleś stracił rodzinę po części z własnej winy, ale głównie przez "umiejętność", o którą się nie prosił. Potrafi wytwarzać ogień (nie mam pojęcia jak to inaczej nazwać) i to mi się cholernie podoba. To jest też jedyna postać, która powstrzymuję się od walki i nie marzy o wyjściu na wolność. Ale akurat jego uwielbiam tylko ze względu na tą moc.
     Cała drużyna tych niezwykłych socjopatów plus kilku żołnierzy, Jocker i niepotrzebna czarownica dają razem niesamowity film. Humor jest tam obłędny (przy okazji pozdrawiam dziewczynę ze wspaniałymi niebieskimi włosami, która siedziała obok mnie i podzieliła się ze mną popcornem, bo chyba podobny rodzaj humoru... oczywiście czarnego i socjopatycznego). Wizualnie też jest dobrze zrobiony, szczególnie w momentach, kiedy przedstawiają poszczególne osoby. Moim marzeniem jest poznać ich wszystkich, a w szczególności Jockera.
     Na pewno jeszcze kiedyś, może nawet za niedługo, obejrzę ten film jeszcze raz. Oczywiście, bezgwarancyjnie i bezwzględnie Legion Samobójców trafia do moich ulubionych filmów oraz z niecierpliwością czekam na drugą część, która rzekomo ma się pojawić w 2018 roku :)
     Życzę miłego oglądania, a na koniec piosenka Sucker for Pain.

   

wtorek, 28 czerwca 2016

..."mam nadzieję, że ludzie się zmienią"

06:26 0
Glazed eyes, empty hearts
Buying happy from shopping carts
     Jedyny w swoim rodzaju wokalista, autor tekstów, aktor (grał m.in. w X-Man Geneza: Wolverine) i YouTuber. Australijczyk, który podbił już wiele serc, w tym moje, zarówno swoim głosem, jak i uczuciem, które wkłada we wszystko co robi, zaczynając od filmików, a kończąc na wszystkich swoich piosenkach. Poznajcie mojego drugiego ulubionego piosenkarza Troya Sivana Melleta, znanego jako Troye Sivan.
      Obecnie Troye ma 21 lat. Urodził się 5 czerwca 1995 roku w Johannesburgu w RPA, jednak dwa lata później wraz z rodziną przeniósł się do Australii. Mając piętnaście lat przyznał się rodzicom, że jest gejem, a na swoim kanale ogłosił to dopiero trzy lata później. Nie zmienia to jednak faktu, że jest cholernie pozytywną osobą, a oglądając jego filmiki po prosto nie da się nie uśmiechnąć. Zresztą sami się przekonajcie :)
     O ile w swoich filmikach jest mega pozytywny, to większość jego piosenek jest smutnych. Najbardziej do jego twórczości pasuje gatunek dreampop. Zacznę od piosenki, którą rozpoczęłam swoją przygodę z Sivanem. Jest to Happy Little Pill, której słowami rozpoczęłam ten post. Troye napisał tę piosenkę dla swojego przyjaciela, który przechodził trudny czas w swoim życiu. Każdy może ją odebrać inaczej. Dla mnie jest opowieścią o tym, dlaczego ludzie popadają nałogi, w tym wypadku w ćpanie. Osoba jest znudzona swoim światem - pustym i bez koloru, pełnym ludzi bez emocji, więc bierze pigułkę, która zabiera go z jego nudnego, szarego świata.
     Następna piosenka bazowana jest na książce. Napisałem "The Fault In Our Stars" bazując na książce Johna Greena i muszę powiedzieć, że to pierwsza właściwa piosenka jaką kiedykolwiek napisałem. Wyprodukowałem ją w krętackie demo w moim pokoju na keyboardzie MIDI, na którym nie umiem grać i poszedłem do pobliskiego szpitala, by nakręcić teledysk, który później wrzuciłem na mój kanał na YoyTube. Telefon od EMI Music po trzech milionach odsłon i 100.000 sprzedanych kopii. Póżniej wszystkie pieniądze wpłynęły na konto szpitala. Szczerze, to ta piosenka zmieniła moje życie - Troye w wywiadzie o "The Fault In Our Stars" via. tumblr.
     Przy tej piosence płaczę, a jednocześnie uśmiecham się. Specjalnie daję teledysk razem z przedmową, bo już ona wzrusza.
    Teraz mój najukochańszy utwór Fools. Należy on do tryptyku Blue Neighbourhood. Może najpierw wytłumaczę tytuł całego tryptyku. W pierwszej jego piosence, pt.: Wild pojawia się sformułowanie I leave this Blue Neighbourhood - Blue Neighbourhood oznacza miejsce, gdzie inność jest nieakceptowana, więc chce i musi je opuścić. Fools jest drugą częścią i zaczyna się słowami I am tired of this place, I hope people change, czyli Jestem znudzony tym miejscem, mam nadzieję, że ludzie się zmienią i mogłabym to sobie wytatuować, a jak na razie jest to tylko w tytule posta. Przez cały utwór Troye zarzuca sobie, że jest idiotą, bo się zakochał - Only fools fall - oraz dlatego, że nie może przestać kochać osoby, z którą nie może być. Jestem ściśle związana z tą piosenką i każdego dnia przynajmniej raz muszę jej wysłuchać. Ostatnią częścią tryptyku jest Talk me down.
    I na koniec coś pozytywnego. Youth, czyli młodość i pytania. Pojawia się dokładnie siedem pytań o to, co się z nim stanie, jeżeli spróbuje zniknąć bez śladu razem z przyjaciółmi. Podoba mi się sformułowanie Mortal bodies timeless souls - Śmiertelne ciała, ponadczasowe dusze. Bardzo lubię tą piosenkę zresztą jak każdą jego autorstwa.
     Zostanę w swoim standardzie, czyli tylko cztery utwory. Według mnie każda piosenka Troya Sivana jest wspaniała, idealna i pełna uczucia. Jego muzyka jest magiczna, a każdy tekst poezją. Myślę, że gdyby zaczął śpiewać wśród głośnego tłumu, wszyscy natychmiast by się uciszyli zaczarowani jego głosem. Chciałabym kiedyś pojechać na jego koncert, spotkać go, a może nawet, choć przez krótką chwilę, z nim porozmawiać.
Just set my heart on fire like gasoline


niedziela, 12 czerwca 2016

...zagram w Grę Tajemnic

13:57 0
     Zagrajmy w grę. Jest sędzia i badany. Sędzia zadaje badanemu pytanie. Na podstawie odpowiedzi badanego sędzia wydaje wyrok, czy badany jest człowiekiem, czy maszyną. To co? Zagramy?
Czasami ludzie, którzy nie pobudzają niczyjej wyobraźni, odnoszą niewyobrażalny sukces.
     Komputery otaczają nas wszędzie, jednak czy ktoś z was zastanawiał się, kto je wynalazł? Czyj to był pomysł? W jakich okolicznościach powstały? Jakiś rok temu po raz pierwszy obejrzałam genialny film Mortena Tylduma i Grahama Moora o genialnym człowieku Alanie Turingu, pt.: Gra Tajemnic.
     Alana Turinga zagrał Benedict Cumberbatch, a Filmweb podaje, że pierwotnie miał go zagrać Leonardo DiCaprio. Według mnie Benedict o wiele bardziej pasuje do roli nadzwyczajnego geniusza, nierozumianego przez ludzi, który złamał kod Enigmy. Opinie na temat filmu są podzielone, ale mnie film się spodobał, bo mimo tego, że rozgrywa się w czasach II Wojny Światowej, nie jest to film historyczny, dlatego też nie należy się skupiać na samym złamaniu Enigmy, tylko na samej osobie Turinga, znakomitego matematyka i kryptologa, ojca informatyki i komputerów, wcześniej znanymi jako "Maszyna Turinga".

     Co najważniejsze w jego kwestii? Był homoseksualistą, co w tamtych czasach uważano za obrazę moralności. Turing oczywiście to ukrywał, jednak przyczyniło się to również do jego przedwczesnej śmierci, miał bowiem 41 lat, gdy zmarł. W czasie II Wojny Światowej pracował nad złamaniem szyfru nie do złamania, czyli kodu Enigmy, używanego przez Niemców. Szacuje się, że rozszyfrowanie Enigmy skróciło wojnę o ponad dwa lata. Dokonał czegoś niezwykłego, a jednak go skazano na chemiczną kastrację. Dlaczego? Bo przez jakieś pięćdziesiąt lat dokonanie jego i jego zespołu było nieznane. Alan miał (według filmu) do wyboru chemiczną kastrację lub więzienie. Uznał, że w więzieniu nie mógłby pracować, więc wybrał to pierwsze, ale jeżeliby przerwał "terapię" odebrano by mu Chrisophera. Poddał się "terapii", jednak po roku nie wytrzymał i popełnił samobójstwo.
     Teraz zastanawiacie się pewnie czym był Christopher. Otóż była to maszyna, dzięki której rozszyfrowano Enigmę i pierwszy komputer. Czemu Christopher? Ponieważ tak miał na imię przyjaciel Alana i jego pierwsza miłość, wprawdzie niespełniona, ale miłość. Niespełniona dlatego, że Christopher Morcom zmarł na gruźlicę.

     Polakom nie podoba się w filmie głównie to, że przecież to Polacy złamali kod Enigmy. Owszem, ale tą sprzed II Wojny Światowej. Podczas Wojny kod ten udoskonalono i właśnie Brytyjczycy go rozszyfrowali, więc bez spiny.

     Co do samego filmu: Uważam, że jest genialny. Narracja z trzech różnych czasów - z II Wojny Światowej, szkolnych Turinga i przesłuchania - prowadzona na jednej płaszczyźnie łączy się idealnie. Aktorzy: Benedict Cumberbatch, Kiera Knightley - inteligentna Joan Clarke, Matthew Goode - nieco zarozumiały Hugh Alexander, Allen Leech - dwulicowy John Cairncross oraz Mark Strong - demoniczny szef MI6 byli naprawdę dopasowani do swoich ról i nikogo z nich bym nie zmieniła. Na końcówce filmu zaczęłam płakać, gdy Alana Turinga zaczęło przerastać jego własne szaleństwo. Twórcy odwalili kawał dobrej roboty. Pokochałam ten film, mimo tragicznej historii niezwykłego człowieka. Na pewno obejrzę go jeszcze nie raz, a wam z całego serca polecam opowieść człowieka, którego problem zaczął się od marchewki.

czwartek, 31 marca 2016

...będę mieć genialne pomysły

07:09 0
You can walk straight through hell with a smile
     Czytając tytuł posta można doszukać się pewnej nuty sarkazmu, a w każdym razie mam taką nadzieję. O co chodzi? Już wyjaśniam.
     Jestem w drugiej klasie gimnazjum. Wczoraj na wychowawczej mieliśmy zastępstwo z panem od WOSu oraz doradztwa zawodowego. Rozmawialiśmy o tym, że warto ryzykować i dążyć do celu oraz o tym, że sami decydujemy czy będziemy w tym jednym procencie ludzi, którzy dążą do spełnienia marzeń. "Rób to, co kochasz, a nigdy nie będziesz pracował" - mogę śmiało powiedzieć, że to było motto tejże lekcji.
     Pozostaje, więc pytanie - na jaki to "genialny" pomysł wpadłam?
     Ów pomysł to... Założenie wydawnictwa. Jest wiele naprawdę świetnych, początkujących pisarzy (między innymi mój hm... kolega, bo nie wiem czy mogę go nazwać przyjacielem, Hertanix Michał <kliknij, aby wejść na jego blog>) publikujących swoje powieści na swoim blogu, wattpadzie lub zostawiając je w swoich zeszytach ukryte przed całym światem. Wydawnictwo, które bym założyła poszukiwało by takich ludzi, pracowało nad ich warsztatem i pozwalało spełniać marzenia młodych pisarzy.
     Osobiście uważam, że to nie jest jakieś niemożliwe do spełnienia marzenia. Mógłby być mały problem z przebiciem, ale przecież najtrudniejsze są początki.
     Moim, jednym z naprawdę wielu, marzeniem jest móc spełniać zarówno swoje jak i czyjeś marzenia.
     Teraz czas na motywację dla was. To od was zależy czy spełnicie swoje marzenia. Ludzie na waszej drodze mogą wam pomóc w ich spełnieniu, ale nie mogą ich spełnić za was. Nie poddawajcie się i stale dążcie do celu, kochani.
     Uwierz w siebie. Uwierz w swoje marzenia. Nie siedź, tylko wstań. Nie idź, tylko biegnij. Stwórz plan i zacznij działać. Nie czekaj na nadejście jutra, bo jutro zaczyna się już dziś.
Cause there's gonna be a day
When you're
Standing in the Hall of Fame
And the world's gonna know your name
     Zarówno pierwszy cytat jak i ten powyżej pochodzi z piosenki zespołu The Script Hall of Fame - jednej z najbardziej motywujących piosenek jakie istnieją.

sobota, 20 lutego 2016

...nie poddam się, nawet jeżeli będę zawieszona między Życiem a Śmiercią

06:07 0
     Po prawie trzech tygodniach od obejrzenia filmu, ale w końcu jest! Obiecany post na temat nowego filmu z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Zjawa już od pierwszego lutego czeka na moją ocenę oraz na Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej - Oscary 2016 już za tygodzień w nocy z 28 na 29 lutego.
     Krew utracona. Życie odzyskane. - taka jest myśl przewodnia tego filmu. Jeżeli przeanalizowaliście plakat filmowy, który zamieściłam powyżej zauważyliście, że film powstał na motywach prawdziwej historii. Niesamowite? Jak najbardziej! Dlaczego? Już tłumaczę.
     Akcja historii rozegrała się w roku 1822 (tak podaje Filmweb).
     Handlarze futer zostali zaatakowani przez Indian z plemienia Arikara, więc musieli jak najszybciej uciekać. Wielu z nich, podczas ataku, zginęło. Po przedostaniu się przez rzekę, głównego bohatera - Hugh'a Glassa granego przez Leonardo DiCaprio - atakuje niedźwiedź. Zostaje on poważnie ranny (Glass, a nie niedźwiedź - zwierzę zostaje zabite). Z tego co pamiętam Hugh ma całe rozcięte plecy, brzuch oraz szyję.
     Zastanawiające jest jakim cudem on to przeżył.
     Możecie się przy tym zatrzymać, ale ja przejdę dalej.
     Współtowarzysz i przyjaciel Glassa, John Fizgerlad grany przez Toma Hardy'ego, nie daje mu szans na przeżycie i chce go zabić, jednak pozostali, szczególnie syn Glassa, Hawk (Forrest Goodluck), i Jim Bridger (Will Poulter) chcą żeby żył. Zabierają go ze sobą, jednak w pewnym momencie muszą go opuścić. Ze sparaliżowanym Hugh'em zostają Hawk, Bridger i John, którzy maja z nim zostać dopóki nie umrze.
     Oczywiście Hugh Glass nie umarł, bo to by było nudne i zdecydowanie zbyt proste.
     Po kilku dniach czuwania przy Glassie, Fizgerlad zabił Hawka na oczach przyjaciela, a Jimowi, który podczas zabójstw był nad rzeką, wmówił, że słyszał Indian i powinni opuścić Hugha. Uciekają, a głównego bohatera zżera ogromna chęć zemsty na Johnie i postanawia go odszukać. Zanim wstaje przez jakieś dziesięć albo dwadzieścia minut się czołga. W pewnym momencie myślałam już, że przez resztę filmu będzie się cały czas czołgał, a gdy w końcu wstał odetchnęłam z ulgą.
     W pewnym momencie pojawia się scena, w której pije wodę. Niby nic takiego? Gdy pił wodę z jego szyi, w miejscu rozcięć, wylewała się krew. Żeby móc się normalnie napić, wsypał do ran proch strzelniczy i go zapalił, żeby uszczelnić ranę.
     Drugą scena, która mi zapadła mocno w pamięci, jest to jak Glassa gonili Francuzi, a on spadł, razem z koniem, w dół klifu, prosto w drzewo. Nie na drzewo. W drzewo. Oczywiście on przeżył. Za to koń nie. Postanawia więc wypatroszyć konika i... Nie, nie ma zamiaru go zjeść. Śpi w nim.
     Jak już, być może, zauważyliście głównym wątkiem fabuły jest zemsta. Więc dlaczego tytuł tego filmu to Zjawa? Według mnie bardziej pasowałby tytuł Zemsta martwego niedźwiedzia (Glass przez cały czas ma na sobie skórę niedźwiedzia, którego zabił). Co do tytułu mam dwie teorie.
     Pierwsza moje teoria dotyczy tego, że tytuł wziął się z tego, że główny bohater co jakiś czas "widzi" swoją zmarłą żonę i słyszy jej słowa.
      Chyba jednak druga teoria jest lepsza. Według niej tytuł Zjawa wziął się z tego, że Hugh Glass żyje tak jakby nie żył. Jego dawni towarzysze myślą, że zginął. Po tym co przeszedł naprawdę nie powinien żyć. A jednak.
    Film jest naprawdę świetny i na długo zapada w pamięć. Czynnikiem jest tu nie tylko niezwykła historia oraz to, że w jakiejś części jest ona prawdziwa, ale także wspaniali aktorzy. Opowieść dotarła do głębi mojego serca i wyzwoliła chęć życia, chociaż przez chwilę, jak tamci ludzie. Zmagać się z przeciwnościami losu. Nie poddawać się. Dążyć do celu. Chwytać się życia. Walczyć o nie.
    Film ukazuje również, że jeżeli odbierze się człowiekowi wszystko co ma, to już niczego się nie boi, bo nie ma czego stracić.
    Krew leje się gęstymi potokami. Nic nie jest przesadzone. Wspaniała sceneria. Byłam, a nawet dalej jestem, oczarowana.
    Uważam, ze zarówno Zjawa, jak i Leonardo DiCaprio i Tom Hardy mają największe szanse na Oscara ze wszystkich nominowanych. Po prostu totalnie miażdżą konkurencję.
    Na koniec muszę dodać jeszcze jedną rzecz.
    Jeżeli ta historia jest nawet w niewielkim stopniu prawdziwa to i tak podziwiam człowieka, który przeżył to naprawdę. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale my, współcześni ludzie, jesteśmy słabi. Już po pierwszym wpadnięciu do rzeki umarlibyśmy z zimna. A on? Przeżyła atak niedźwiedzia, ścigali go Indianie, przyjaciel go zdradził i zabił syna, wielokrotnie wpadł do rzeki... Naprawdę należy podziwiać tego faceta.

sobota, 16 stycznia 2016

..."Thinking Out Loud..."

03:32 0
     Zabawne, że pisząc ten post słucham piosenki Imagine Dragons Radioactive... Owszem jest to kolejny post o muzyce, ale jak być może zauważyliście w tytule jest fragment, a zarazem tytuł piosenki, kogoś zupełnie innego. Panie i panowie przedstawiam wam mojego ulubionego wokalistę Eda Sheerana. Jego głos sprawia, że mimowolnie się uśmiecham, a uwierzcie, ci, co go nie znają, ma naprawdę cudowny głos ;) Niestety obecnie ma przerwę w karierze, ale podobno pracuje nad nową płytą (takie dwie sprzeczności, ale co tam).
     Edward Christopher Sheeran (tak brzmi jego pełne imię) urodził się 17 lutego 1991 roku w Hebden Bridge (Wielka Brytania). Jest wokalistą, autorem tekstów i producentem. W 2005 roku zaczął nagrywać pierwsze utwory, ale popularność przyniosła mu dopiero w 2011 roku piosenka The A Team. Również w tamtym roku wydał pierwszą płytę pt.: "+". Drugą wydał w 2013, której nadał tytuł X (ciekawe co będzie następne? Może "-"?).


     Jako pierwsza piosenka chyba najbardziej znana (może oprócz I see fire, która promuje film Hobbit: Pustkowie Smauga). Jest to Thinking Out Loud. Jakby się zastanowić to mogłaby być piosenka blogerów, bo przecież każdy blogger w jakiś sposób Myśli na głos (tak, sprawdziłam, że Thinking Out Loud dosłownie znaczy Myślę na głos). Ed zapewnia swoją ukochaną, że będzie ją do końca życia kochał oraz zastanawia się, jak to się dzieje, że ludzie się w sobie zakochują. Wspaniała muzyka, wspaniały głos... Czego chcieć więcej?


     Teraz trochę mniej znana piosenka pt.: Drunk, Sheeran zastanawia się czy powinien się upić, żeby zapomnieć o swojej byłej i śpiewa o niej, o tym jak ją kocha i jak bardzo czuje się smutny z powodu, że nie są już ze sobą. Co do teledysku... kot rozwala system ;)


     Teraz bardziej utwór Taylor Swift, niż Eda Sheerana, ale pisali go razem, więc... no wiecie, a nie potrafię jej pominąć, bo jest niesamowita.
     W Everything Has Changed zakochałam się bezwzględnie. Opowiada o tym, jak się spotkali, jak bardzo za sobą tęsknią i, jak sugeruje tytuł, że wszystko się zmieniło, gdy się poznali.


     Ostatnia już piosenka jest naprawdę trudna do wyboru. Mogłabym napisać o wszystkich, ale zdecydowanie zajęłoby mi to zbyt dużo czasu, a wam kilka dni, żeby przesłuchać każdą piosenkę. Na początku chciałam dać piosenkę, dzięki której poznałam Sheerana, czyli I see fire, jednak to było zbyt banalne. Teraz waham się między Give Me Love, Touch and Go, Lay It All On Me i Photograph...  Lay It All On Me teraz jest dość popularne, więc sobie daruję. Touch an Go i Photoraph też na razie sobie odpuszczę. Uwaga! Mamy zwycięzce! Mam zaszczyt przedstawić wam Give me Love, czyli chyba piosenkę piosenkę Eda, którą poznałam po I see fire.
     Co tu dużo pisać... Sam tytuł wiele mówi. Piosenka jest o tym, że podmiot chce, wręcz pragnie miłości. Jest to utwór, który doskonale do mnie pasuje i chyba dlatego bardzo go lubię...


     Oczywiście zachęcam do posłuchania piosenek Eda Sheerana, m.in. Afire Love, Cold Coffe, Bloodstream, Autumn Leaves i tych, które wymieniłam w tym poście :)
     Chciałaby potrafić, tak jak Ed, wyrażać uczucia i Myśleć na Głos.

czwartek, 14 stycznia 2016

...trzeba będzie pożegnać kilka osób /*

09:15 0
     Jak już niektórzy z was wiedzą dzisiaj umarł Alan Rickman znany wszystkim z roli Severusa Snape'a w sadze "Harry Potter". Miał 69 lat. Od długiego czasu walczył z rakiem. [*]
     Od zawsze boję się Śmierci. Wiem, że każdego spotka, ale za każdym razem, gdy lubiana przeze mnie osoba umiera, życie uderza mi z liścia w twarz. Gdy piszę ten post w oczach mam łzy. Więcej nie dam rady dziś napisać... Pożegnania są zdecydowanie za trudne... ;(
     Czarodzieje! Różdżki w górę! /*





środa, 18 listopada 2015

..."chciałbym umrzeć z miłości"

11:21 0
     Witam w ten jakże piękny listopadowy dzień. Dzisiaj po raz drugi post muzyczny. Był Green Day z USA tym razem czas na zespół polski z Mysłowic - Myslovitz. Zespół tworzy przede wszystkim piosenki o miłości i o otaczającym nas świecie, a wszystko razem połączone z emocjami i wspaniałą muzyką. Moje ulubione ich płyty to: "Miłość w czasach popkultury" z 1999 roku i "Korova Milky Bar" z 2002 roku. W wielu piosenkach można usłyszeć nieprzenikniony smutek, poczucie bezwartościowości, a także chęć ucieczki, czyli idealne dla mnie :)

      Zdecydowanie moją ulubioną piosenką Myslovitz jest "Gdzieś". Podmiot liryczny wie, że znalazł się już na dnie i mówi, że nie jest tam aż tak bardzo źle, jak może się wydawać, ale chce jak najszybciej stamtąd uciec.


     Kolejną piosenką, którą uwielbiam jest "Chciałbym umrzeć z miłości". Autor pokornie mówi, że jeżeli już musi odejść, to gdyby mógł wybrałby właśnie śmierć z miłości. Ja akurat nie chciałabym umrzeć z miłości, ale na pewno chciałabym umrzeć przy ukochanej osobie.


     Czas na klasykę :) "Długość dźwięku samotności" to chyba piosenka, którą każdy zna, ale nie każdy kojarzy tytuł lub zespół. "I nawet kiedy będę sam..." to właśnie fragment tej piosenki ;) Wykonawca opisuje swoje uczucia, co lubi, jaki jest naprawdę i że na co dzień udaje, a także poszukuje osoby, która chciałaby z nim choć przez chwilę żyć trochę inaczej: "zbyt zachłannie i trochę przesadnie pobyć chwilę sam". Gdy słuchałam tej piosenki po przeczytaniu "Papierowe Miasta" Greena uznałam, że pasuje do tej książki idealnie.


      Ostatnia piosenka, o której napiszę jest bardzo trudna do wyboru, bo mają naprawdę wiele wspaniałych utworów. Po zastanowieniu chciałam wybrać coś pozytywnego, ponieważ jak na razie dałam bardzo melancholijne piosenki. Niestety w każdym utworze Myslovitz można zauważyć ból, smutek lub żal, więc znaleźć całkiem pozytywną ich piosenkę to bardzo ambitne wyzwanie. Zdecydowałam się w końcu na "Acidland" o tym, że nie mammy szans na drugie życie i mamy korzystać jak najbardziej z tego, którego mamy ^^


     I na koniec marzenie: Chciałabym potrafić otwarcie wyrażać swoje uczucia tak jak oni, czyli zespół Myslovitz :)